środa, 2 marca 2016
Plany startowe 2016
Moje plany startowe wykrystalizowały się i chyba już w nich nic nie zmienię. Myślałem, główkowałem i zastanawiałem się dość długo, co i gdzie pobiec w tym roku. To zawsze jest pewnego rodzaju łamigłówka, bo przecież trzeba zgrać dystanse, lokalizacje i terminy biegów. W sumie czasami sobie myślę, że najłatwiej z logistyką mają ci, którzy biegną maraton, tutaj przynajmniej nie trzeba nic wymyślać. Tylko zapisać się na maraton. No i potem się do niego przygotować i pobiec, co bywa niełatwe.
Co decyduje o wyborze biegu przeze mnie ? Przede wszystkim lokalizacja, bliskość od mojego miejsca zamieszkania. To jest pierwszy czynnik, którym kieruję się przy wyborze. Drugim czynnikiem jest atest trasy, zawsze chętniej wybiorę trasę z atestem PZLA niż bez niego, przynajmniej dopóki ścigam się sam ze sobą. Mam gwarancję, że bieg ma rzeczywiście 10 km, a nie 9.85 km, mogę porównywać wyniki z różnych biegów, chociaż z tymi atestami różnie bywa i zdarzają się pomyłki.
Trzecim czynnikiem jest termin biegu, staram się unikać startów w czerwcu i lipcu, z wiadomych względów. Nie startuję też w grudniu, styczniu czy lutym, jest zimno, ślisko i nie wyobrażam sobie startu w długim ubraniu. Czwartą cechą, którą biorę pod uwagę jest dobra trasa, najlepiej jak najbardziej płaska, z jak najmniejszą liczbą zakrętów. Dla takiej trasy to można nawet pominąć bliskość od miejsca zamieszkania i przejechać pół Polski.
Piątym, ostatnim czynnikiem jest to, czy brałem już udział w tym biegu w przeszłości, a jeśli tak, to ile razy. Unikam monotonii, biegania np. w Biegu Konstytucji cztery lata pod rząd, co roku staram się znaleźć jakieś nowe miejsce i nowy bieg, w którym dotychczas nie brałem udziału. Kompletnie nie rozumiem osób, które startują w tej samej imprezie rok po roku, czasami przez dziesięć, a nawet więcej lat.
I tak sezon zacznę od Babickiej Dziesiątki na początku kwietnia. Stare Babice są kilka rzutów beretem ode mnie, nie biegam tam, ale często jeżdżę rowerem. Spróbuję zaatakować swoją życiówkę, może uda się złamać 43 minuty. Po tym starcie będę stopniowo zmniejszał kilometraż aż do końca maja, kiedy wystartuję z 24-tygodniowym planem pod dyszkę na jesień (na złamanie bariery 42 minut). W końcu lipca zamierzam wystartować w Biegu Powstania Warszawskiego (5 km), to jest bieg rozgrywany późnym wieczorem, trasa jest całkiem dobra, z jednym podbiegiem, tuż przed samą metą.
Kolejny start to Kleszczów na Piątkę (we wrześniu, 5 km) z dobrą, szybką trasą, idealną do bicia życiówek, moja aktualna życiówka jest właśnie z tego biegu, podobnie jak rok temu warto pomyśleć o hotelu w Bełchatowie lub okolicach. Na początku października zamierzam wystartować w Energetycznej Dysze w Kozienicach, to miasto położone blisko Warszawy, odpada logistyka hotelowa.
I w końcu mój debiut w półmaratonie. Pierwszy półmaraton zdecydowałem się pobiec w Bydgoszczy, choć bardzo kusił Gdańsk. Tutaj także bez hotelu się nie obędzie. Ostatni start, i ukoronowanie 24-tygodniowego planu to oczywiście Warszawa, Bieg Niepodległości i łamanie 42 minut na dyszkę. Takie są plany startowe na ten rok. A wakacje oczywiście na obozie górsk... stop, wróć, oczywiście nad polskim morzem, fajnie byłoby, gdyby udało się popływać... I pozostaje jedynie życzyć sobie, żeby udało się zapisać na te wszystkie biegi.
ahoj!
niedziela, 7 lutego 2016
Sporttracks vs. GC vs. run-log
Od ponad roku używam jednocześnie trzech portali biegowych: Garmin Connect, run-log.com oraz sporttracks.mobi, na które importuję moje treningi rowerowe i biegowe, a ręcznie wprowadzam pływackie. Technicznie wygląda to tak, że trening jest przesyłany z zegarka do GC przy pomocy aplikacji Garmin Express, sporttracks.mobi automatycznie importuje trening z GC, natomiast run-log.com, no cóż – muszę ręcznie wyeksportować trening z GC do formatu .tcx i zaimportować go w run-log.com. Dodatkowo dochodzą czynności związane ze zmianą nazwy treningu, wybraniem użytych butów, czasami wstawienie komentarza i inne, zajmujące czas. Dlaczego używam aż trzech portali – każdy z nich ma swoje zalety i przewagi nad pozostałymi i jest mi po prostu żal z nich rezygnować. Ale pod koniec minionego roku powiedziałem sobie „dość”, przecież to bez sensu przechowywać te same dane w trzech miejscach jednocześnie, szkoda czasu, szkoda energii, trzeba cos tu zmienić. Zacząłem się zastanawiać, który portal powinien zostać, a z których dwóch zrezygnować. Wybrałem cechy biegowego portalu społecznościowego, które są dla mnie ważne i którymi powinienem się kierować przy moim wyborze. Znalazłem dziewięć takich cech. Każdą cechę uznałem za jednakowo ważną, to znaczy przypisałem jednakowe wagi. W ramach pojedynczej cechy przyznałem od 0 do 5 punków, czyli do zdobycia było 45 punktów.
Możliwości analizy
Możliwości analizy moich treningów są niezwykle istotne, analizuję przebiegnięte dystanse, średnie tempa czy puls. Z trzech portali najsłabsze możliwości analizy ma run-log.com, nieco lepiej przedstawia się sytuacja w Garmin Connect, największe możliwości oferuje sporttracks.mobi, umożliwia tworzenie i zapisywanie własnych, całkiem zaawansowanych raportów.
W tej rywalizacji run-log.com otrzymuje 1 punkt, GC 3 punkty, a sporttracks.mobi 5 punktów.
Śledzenie sprzętu
To, moim zdaniem, niezwykle przydatna cecha dobrego portalu sportowego. Najczęściej będziemy śledzili kilometraż butów, ale niektórzy także łańcucha rowerowego czy opon. Run-log.com umożliwia śledzenie butów i roweru, można dodać również krótki komentarz do sprzętu. GC umożliwia dodanie butów i roweru, można określić maksymalny przebieg (w kilometrach) oraz automatycznie dodawać sprzęt do nowych aktywności. Ale ponownie sporttracks.mobi bije konkurencję na głowę. Umożliwia dodanie zdjęcia sprzętu (wyszukanie w google zdjęcia przedstawiającego dokładnie „nasze” buty bywa trudne, ale nie niemożliwe ;-)), ale także pozwala ustawić poprzednie zużycie dla sprzętu używanego, a także łączyć sprzęt w większe całości. I znowu górą jest sporttracks.mobi zdobywając 5 punktów, Garmin Connect zdobywa 3 punkty, a run-log 2 punkty.
Widget
Wigdet pozwala zamieścić podsumowanie swoich osiągnięć treningowych na blogu czy w stopce na forum internetowym. Jest także linkiem do profilu na portalu sportowym. Z omawianych trzech portali najbardziej zaawansowany widget ma run-log.com, można go personalizować i dostosowywać według własnego uznania, podstawowy widget ma sporttracks.mobi (a w dodatku zdarzają się problemy z jego wyświetlaniem), natomiast portal Garmin Connect nie oferuje żadnego widgetu. Run-log.com otrzymuje 5 punktów, sporttracks.mobi 3 punkty, a Garmin Connect – 0 punktów.
Koszty
Konto na portalu run-log.com jest bezpłatne, na portalu Garmin Connect teoretycznie także, ale tak naprawdę „płaci się” przy kupnie urządzenia GPS firmy Garmin, a konto dostaje się niejako gratis. Konto na sporttracks.mobi jest płatne, co roku płaci się 35 USD (ok. 140 zł przy obecnym kursie dolara). Jest to pewnego rodzaju corocznie odnawialny abonament. Garmin Connect oraz run-log.com otrzymują w tej kategorii 5 punktów, a sporttracks.mobi 2 punkty, bo jednak, umówmy się 140 zł rocznie to nie jest jakaś horrendalnie wysoka, zaporowa opłata.
Rekordy
Rekordy pozwalają odnotować i wyświetlić nasze najlepsze osiągnięcia w bieganiu, kolarstwie czy innej dyscyplinie. Run-log.com oferuje najmniejsze możliwości w tej dziedzinie, można zgłosić swój udział w jakimś wydarzeniu sportowym, a następnie uzyskany wynik ustawić jako swój rekord. Garmin Connect pozwala odnotowywać dla biegania i kolarstwa i są to wyniki uzyskane na treningu lub podczas startu. Co ciekawe, GC traktuje trening jako całość i nie „wyszukuje” najszybszego odcinka treningu odpowiadającemu danemu dystansowi. Inaczej jest w sporttracks.mobi, który wyszukuje najszybsze odcinki zaimportowanych treningów i proponuje je jako rekordy. Sporttracks.mobi klasyfikuje rekordy w oparciu o czas, dystans, przyrost wysokości, kalorie oraz wysiłek. Można filtrować rekordy wybierając sport oraz zakres dat, poniżej pokazane są moje rekordy dla biegania i wszystkich dat:
Run-log.com otrzymuje w tej kategorii 2 punkty, Garmin Connect 4 punkty, a sporttracks.mobi również 4 punkty.
Masa ciała i tętno spoczynkowe
Osobiście przywiązuję dużą wagę do tego, czy portal pozwala zapisywać masę oraz tętno spoczynkowe. Nie najlepiej przedstawia się tutaj portal sporttracks.mobi, który pozwala jedynie wprowadzić masę ciała oraz poziom tłuszczu (jeśli tylko oczywiście ktoś go mierzy). Natomiast jeżeli ktoś korzysta z aplikacji desktopowej Sporttracks (nie webowej), to można tam wprowadzać całą gamę parametrów – liczbę godzin snu, tętno maksymalne, samopoczucie, ciśnienie krwi i inne. Ubogo wypada także w tej kategorii portal Garmin Connect – pozwala jedynie zapisywać masę ciała i wyświetlać ją na prostym wykresie dla wybranego okresu czasu. Bardzo dobrze przedstawia się za to portal run-log.com, oprócz masy ciała i tętna spoczynkowego można wprowadzać kalorie, liczbę godzin snu, a także – o zgrozo – alkohol i papierosy, na dobrą sprawę idąc tym tropem autor mógł pomyśleć o dodaniu kolumny dla liczby „wciągniętych kresek” czy wypalonych jointów ;-).
Run-log.com otrzymuje 5 punktów, sporttracks.mobi 3 punkty, a GC 2 punkty.
Możliwość personalizacji
Możliwości personalizacji, czyli w moim rozumieniu – tworzenia pulpitów, dostosowywania układu raportów, wybieranie wyświetlanych kolumn z danymi według własnego uznania. Największe możliwości oferuje sporttracks.mobi, który pozwala dostosowywać widok kalendarza , tworzyć własne, dość zaawansowane raporty oraz dostosowywać wyświetlane dane w dziale treningi. Garmin Connect pozwala dostosowywać wygląd w ograniczonym zakresie: można tworzyć własne pulpity, nadawać im nazwy, a do tych pulpitów dodawać różne karty np. sprzętu, aktywności, kalendarza. Run-log.com nie pozwala na żadne zmiany swojego wyglądu, wszystko jest „na sztywno”. Sporttracks.mobi otrzymuje 4 punkty, GC 2 punkty, a run-log.com 0 punktów.
Aplikacja mobilna
Run-log.com oferuje swoją aplikację mobilną, która jest prostym narzędziem do rejestrowania przebiegniętej trasy w urządzeniu przenośnym, jednak dostępna jest jedynie wersja na Androida. Garmin oferuje innego rodzaju aplikację: mobilną wersję swojego serwisu Garmin Connect Mobile, dostępną z poziomu telefonu. Dostępne są wersje na Androida oraz iOS-a. Aplikacja pozwala na bezprzewodowe przesyłanie treningów z urządzenia do GC, przeglądanie segmentów, list wyników znajomych oraz wiele innych, zrzut ekranu poniżej pokazuje pewien fragment możliwości. Brawo dla Garmina. Sporttracks.mobi nie oferuje żadnej aplikacji mobilnej, ponieważ sam w sobie jest mobilnym serwisem. Garmin wygrywa tę konkurencję otrzymując 5 punktów, run-log.com otrzymuje 2 punkty, a sporttracks.mobi dostaje 0 punktów.
Wizja
Kilka słów o przyszłości, o perspektywach rozwoju. Run-log.com jest rozwijany przez polskiego dewelopera, co przyjmuję za plus. To jest stabilny serwis, posiadający kilka, może kilkanaście tysięcy użytkowników, jednak nie zauważyłem, żeby był rozwijany, mogę na nim zaobserwować pewną stagnację. Garmin Connect to flagowy serwis dominującego producenta sprzętu do rejestrowania treningów, jest intensywnie rozwijany (wersja mobilna), jednak nie mogę powstrzymać się przed zadaniem pytania: a co jeśli za 6 lat moje oba Garminy się zepsują i spodoba mi się zegarek konkurencji np. Suunto ? Jednak największe perspektywy pokładam w sporttracks.mobi. Jest to serwis rozwijany przez pasjonatów, płatny, ale bardzo dobry. Serwis jest nieustannie rozwijany, dodawane są nowe funkcjonalności i nie mam żadnych obaw, co do jego przyszłości. Ma własne forum, można zgłaszać błędy i zapytania, a nowości są przedstawiane we wpisach na blogu. Sporttracks.mobi wygrywa tę konkurencję otrzymując 5 punktów, GC otrzymuje 3 punkty, a run-log.com 2 punkty.
Podsumowanie
Rywalizację wygrał sporttracks.mobi, za nim uplasował się Garmin Connect, a na trzecim miejscu znalazł się run-log.com. Ważne jest przede wszystkim to, czego szukamy w takim serwisie. Ci, którzy szukają świetnej aplikacji mobilnej wybiorą GC, ci, którzy doceniają możliwości analizy wybiorą sporttracks.mobi. W końcu ci, dla których najważniejszym kryterium jest cena, wybiorą run-loga bądź Garmin Connect.
Ja wybieram sporttracks.mobi. Z prowadzenia run-loga już zrezygnowałem pod koniec ubiegłego roku, z Garmin Connect będę się powoli rozstawał się na dniach ;-). Szkoda mi pewnych funkcjonalności tego serwisu, przede wszystkim aplikacji mobilnej czy możliwości tworzenia własnych pulpitów, ale jednak tracę dodatkowo kilka, kilkanaście minut po każdym treningu na zaimportowanie treningu do kolejnego, nadmiarowego portalu. W dzisiejszym szybkim, zabieganym świecie szkoda na to czasu.
Siema!
Możliwości analizy
Możliwości analizy moich treningów są niezwykle istotne, analizuję przebiegnięte dystanse, średnie tempa czy puls. Z trzech portali najsłabsze możliwości analizy ma run-log.com, nieco lepiej przedstawia się sytuacja w Garmin Connect, największe możliwości oferuje sporttracks.mobi, umożliwia tworzenie i zapisywanie własnych, całkiem zaawansowanych raportów.
W tej rywalizacji run-log.com otrzymuje 1 punkt, GC 3 punkty, a sporttracks.mobi 5 punktów.
Śledzenie sprzętu
To, moim zdaniem, niezwykle przydatna cecha dobrego portalu sportowego. Najczęściej będziemy śledzili kilometraż butów, ale niektórzy także łańcucha rowerowego czy opon. Run-log.com umożliwia śledzenie butów i roweru, można dodać również krótki komentarz do sprzętu. GC umożliwia dodanie butów i roweru, można określić maksymalny przebieg (w kilometrach) oraz automatycznie dodawać sprzęt do nowych aktywności. Ale ponownie sporttracks.mobi bije konkurencję na głowę. Umożliwia dodanie zdjęcia sprzętu (wyszukanie w google zdjęcia przedstawiającego dokładnie „nasze” buty bywa trudne, ale nie niemożliwe ;-)), ale także pozwala ustawić poprzednie zużycie dla sprzętu używanego, a także łączyć sprzęt w większe całości. I znowu górą jest sporttracks.mobi zdobywając 5 punktów, Garmin Connect zdobywa 3 punkty, a run-log 2 punkty.
Widget
Wigdet pozwala zamieścić podsumowanie swoich osiągnięć treningowych na blogu czy w stopce na forum internetowym. Jest także linkiem do profilu na portalu sportowym. Z omawianych trzech portali najbardziej zaawansowany widget ma run-log.com, można go personalizować i dostosowywać według własnego uznania, podstawowy widget ma sporttracks.mobi (a w dodatku zdarzają się problemy z jego wyświetlaniem), natomiast portal Garmin Connect nie oferuje żadnego widgetu. Run-log.com otrzymuje 5 punktów, sporttracks.mobi 3 punkty, a Garmin Connect – 0 punktów.
Koszty
Konto na portalu run-log.com jest bezpłatne, na portalu Garmin Connect teoretycznie także, ale tak naprawdę „płaci się” przy kupnie urządzenia GPS firmy Garmin, a konto dostaje się niejako gratis. Konto na sporttracks.mobi jest płatne, co roku płaci się 35 USD (ok. 140 zł przy obecnym kursie dolara). Jest to pewnego rodzaju corocznie odnawialny abonament. Garmin Connect oraz run-log.com otrzymują w tej kategorii 5 punktów, a sporttracks.mobi 2 punkty, bo jednak, umówmy się 140 zł rocznie to nie jest jakaś horrendalnie wysoka, zaporowa opłata.
Rekordy
Rekordy pozwalają odnotować i wyświetlić nasze najlepsze osiągnięcia w bieganiu, kolarstwie czy innej dyscyplinie. Run-log.com oferuje najmniejsze możliwości w tej dziedzinie, można zgłosić swój udział w jakimś wydarzeniu sportowym, a następnie uzyskany wynik ustawić jako swój rekord. Garmin Connect pozwala odnotowywać dla biegania i kolarstwa i są to wyniki uzyskane na treningu lub podczas startu. Co ciekawe, GC traktuje trening jako całość i nie „wyszukuje” najszybszego odcinka treningu odpowiadającemu danemu dystansowi. Inaczej jest w sporttracks.mobi, który wyszukuje najszybsze odcinki zaimportowanych treningów i proponuje je jako rekordy. Sporttracks.mobi klasyfikuje rekordy w oparciu o czas, dystans, przyrost wysokości, kalorie oraz wysiłek. Można filtrować rekordy wybierając sport oraz zakres dat, poniżej pokazane są moje rekordy dla biegania i wszystkich dat:
Run-log.com otrzymuje w tej kategorii 2 punkty, Garmin Connect 4 punkty, a sporttracks.mobi również 4 punkty.
Masa ciała i tętno spoczynkowe
Osobiście przywiązuję dużą wagę do tego, czy portal pozwala zapisywać masę oraz tętno spoczynkowe. Nie najlepiej przedstawia się tutaj portal sporttracks.mobi, który pozwala jedynie wprowadzić masę ciała oraz poziom tłuszczu (jeśli tylko oczywiście ktoś go mierzy). Natomiast jeżeli ktoś korzysta z aplikacji desktopowej Sporttracks (nie webowej), to można tam wprowadzać całą gamę parametrów – liczbę godzin snu, tętno maksymalne, samopoczucie, ciśnienie krwi i inne. Ubogo wypada także w tej kategorii portal Garmin Connect – pozwala jedynie zapisywać masę ciała i wyświetlać ją na prostym wykresie dla wybranego okresu czasu. Bardzo dobrze przedstawia się za to portal run-log.com, oprócz masy ciała i tętna spoczynkowego można wprowadzać kalorie, liczbę godzin snu, a także – o zgrozo – alkohol i papierosy, na dobrą sprawę idąc tym tropem autor mógł pomyśleć o dodaniu kolumny dla liczby „wciągniętych kresek” czy wypalonych jointów ;-).
Run-log.com otrzymuje 5 punktów, sporttracks.mobi 3 punkty, a GC 2 punkty.
Możliwość personalizacji
Możliwości personalizacji, czyli w moim rozumieniu – tworzenia pulpitów, dostosowywania układu raportów, wybieranie wyświetlanych kolumn z danymi według własnego uznania. Największe możliwości oferuje sporttracks.mobi, który pozwala dostosowywać widok kalendarza , tworzyć własne, dość zaawansowane raporty oraz dostosowywać wyświetlane dane w dziale treningi. Garmin Connect pozwala dostosowywać wygląd w ograniczonym zakresie: można tworzyć własne pulpity, nadawać im nazwy, a do tych pulpitów dodawać różne karty np. sprzętu, aktywności, kalendarza. Run-log.com nie pozwala na żadne zmiany swojego wyglądu, wszystko jest „na sztywno”. Sporttracks.mobi otrzymuje 4 punkty, GC 2 punkty, a run-log.com 0 punktów.
Aplikacja mobilna
Run-log.com oferuje swoją aplikację mobilną, która jest prostym narzędziem do rejestrowania przebiegniętej trasy w urządzeniu przenośnym, jednak dostępna jest jedynie wersja na Androida. Garmin oferuje innego rodzaju aplikację: mobilną wersję swojego serwisu Garmin Connect Mobile, dostępną z poziomu telefonu. Dostępne są wersje na Androida oraz iOS-a. Aplikacja pozwala na bezprzewodowe przesyłanie treningów z urządzenia do GC, przeglądanie segmentów, list wyników znajomych oraz wiele innych, zrzut ekranu poniżej pokazuje pewien fragment możliwości. Brawo dla Garmina. Sporttracks.mobi nie oferuje żadnej aplikacji mobilnej, ponieważ sam w sobie jest mobilnym serwisem. Garmin wygrywa tę konkurencję otrzymując 5 punktów, run-log.com otrzymuje 2 punkty, a sporttracks.mobi dostaje 0 punktów.
Wizja
Kilka słów o przyszłości, o perspektywach rozwoju. Run-log.com jest rozwijany przez polskiego dewelopera, co przyjmuję za plus. To jest stabilny serwis, posiadający kilka, może kilkanaście tysięcy użytkowników, jednak nie zauważyłem, żeby był rozwijany, mogę na nim zaobserwować pewną stagnację. Garmin Connect to flagowy serwis dominującego producenta sprzętu do rejestrowania treningów, jest intensywnie rozwijany (wersja mobilna), jednak nie mogę powstrzymać się przed zadaniem pytania: a co jeśli za 6 lat moje oba Garminy się zepsują i spodoba mi się zegarek konkurencji np. Suunto ? Jednak największe perspektywy pokładam w sporttracks.mobi. Jest to serwis rozwijany przez pasjonatów, płatny, ale bardzo dobry. Serwis jest nieustannie rozwijany, dodawane są nowe funkcjonalności i nie mam żadnych obaw, co do jego przyszłości. Ma własne forum, można zgłaszać błędy i zapytania, a nowości są przedstawiane we wpisach na blogu. Sporttracks.mobi wygrywa tę konkurencję otrzymując 5 punktów, GC otrzymuje 3 punkty, a run-log.com 2 punkty.
Podsumowanie
Rywalizację wygrał sporttracks.mobi, za nim uplasował się Garmin Connect, a na trzecim miejscu znalazł się run-log.com. Ważne jest przede wszystkim to, czego szukamy w takim serwisie. Ci, którzy szukają świetnej aplikacji mobilnej wybiorą GC, ci, którzy doceniają możliwości analizy wybiorą sporttracks.mobi. W końcu ci, dla których najważniejszym kryterium jest cena, wybiorą run-loga bądź Garmin Connect.
Ja wybieram sporttracks.mobi. Z prowadzenia run-loga już zrezygnowałem pod koniec ubiegłego roku, z Garmin Connect będę się powoli rozstawał się na dniach ;-). Szkoda mi pewnych funkcjonalności tego serwisu, przede wszystkim aplikacji mobilnej czy możliwości tworzenia własnych pulpitów, ale jednak tracę dodatkowo kilka, kilkanaście minut po każdym treningu na zaimportowanie treningu do kolejnego, nadmiarowego portalu. W dzisiejszym szybkim, zabieganym świecie szkoda na to czasu.
Siema!
sobota, 2 stycznia 2016
Jeszcze o sezonie, który minął
Za nami kolejny rok, kolejny dobry rok. Na początku nie planowałem żadnych startów, nie chciałem realizować żadnych planów treningowych, pewnie trochę z lenistwa, a trochę z obowiązków pozasportowych. Pisałem o tym w jednym z wpisów. Ale potem przyszła wiosna, słoneczko wstrzykiwało coraz większe ilości witaminy D3 w moje ciało, a ja ciągle biegałem OWB1 zbierając kilometry. No i oczywiście plan spokojnego przebiegania całego roku spalił na panewce, jak zwykle zresztą. Kilka razy już próbowałem zejść ze ścieżki „życiówkowej” argumentując to na kilka różnych sposobów, ale zawsze dochodziłem prędzej czy później do wniosku, że dopóki człowiek ma siły, czas, odpowiedni wiek i co jest nie mniej ważne - tzw. „papiery” na lepszy wynik, dopóty warto próbować, warto się męczyć, warto wychodzić poza strefę komfortu. Bo tak naprawdę liczy się tylko tempo. Nic innego się nie liczy. Nawet jeśli przez pół roku biegam spokojne krosy po jakiś lasach, to i tak przyjdzie drugie pół przebiegnięte z jakimś planem treningowym. I te drugie pół przyniesie dużo zmęczenia, monotonii, dokładności, ale także dużo satysfakcji. Właśnie układam sobie plan treningowy na drugą połowę 2016 roku. A w zasadzie to przeglądam różne gotowce z internetu ;-), w tym roku rozstanę się na pewien czas ze Skarżyńskim.
W mijającym roku przebiegłem 961 kilometrów, przejechałem na rowerze 204 kilometry (za mało!) i przepłynąłem 10 kilometrów (za mało!). Kilometraże to moja zdecydowanie słaba strona i zaczynam myśleć nad poprawą tej sytuacji. W przyszłym roku chciałbym przebiec przynajmniej o 20-30% więcej kaemów, a także pokręcić więcej na rowerze. Moje roczne kilometraże od początku biegania tj. od roku 2011-go przedstawiają się następująco:
Przyznaję, że nie przedstawia się to jakoś imponująco, no nie. Z drugiej strony udało mi się poprawić piątkę o prawie pół minuty (z 21:29 na 21:01) i to bardzo mnie ucieszyło, to świetny prognostyk. Z trzeciej i czwartej strony może przyczyna leży w tym, że nie biegłem piątki na zawodach od prawie półtora roku, być może pomogła też szybka, płaska trasa w Kleszczowie. Zobaczymy w tym roku z tą piątką.
Tak jak wspominałem startowałem tyle co kot napłakał, albo nawet mniej, czyli tylko dwa razy:
20.09.2015 - Kleszczów 5 km (atest PZLA), 21:01 (PB)
4.10.2015 – Warszawa 10 km (atest PZLA), 45:29
W zasadzie na moim blogu nie dotykam tematów prywatnych i politycznych, koncentruję się na sprawach sportowych. I tak ma być. Ale koniec roku starego i początek nowego nie mogę sobie odmówić pewnego politycznego wtrętu. W Polsce zmieniła się władza, zmienił się rząd. Podziały w kraju są silne i coraz bardziej widoczne. W kwietniu 1992 zespół T.Love wydał płytę King, a na tej płycie, pod numerem drugim znalazł się utwór X. Ja miałem wówczas 16 lat i byłem w pierwszej klasie liceum, zajmowałem się gównie rozwiązywaniem równań kwadratowych i grą w Supaplex (świetna gra!). W polskiej polityce w 1992 dużo się działo, premierem wtedy był m.in. Jan Olszewski, oj, działo się ;-) Nie wiem, kiedy Zygmunt Staszczyk pisał słowa piosenki i jakie dokładnie wydarzenie polityczne opisywał, ale wiem, że przez te 23 lata niewiele się zmieniło i wszystkie te wydarzenia ostatnich tygodni przypomniały mi o piosence T.Love...
Moje biegowe noworoczne życzenia to biegać więcej, przebiec przynajmniej 1200 km, więcej startować, przynajmniej 5-6 razy, poprawić dyszkę i piątkę, przebiec pierwszy w moim życiu półmaraton...
Wszystkiego Najlepszego w Nowym Roku!
W mijającym roku przebiegłem 961 kilometrów, przejechałem na rowerze 204 kilometry (za mało!) i przepłynąłem 10 kilometrów (za mało!). Kilometraże to moja zdecydowanie słaba strona i zaczynam myśleć nad poprawą tej sytuacji. W przyszłym roku chciałbym przebiec przynajmniej o 20-30% więcej kaemów, a także pokręcić więcej na rowerze. Moje roczne kilometraże od początku biegania tj. od roku 2011-go przedstawiają się następująco:
Przyznaję, że nie przedstawia się to jakoś imponująco, no nie. Z drugiej strony udało mi się poprawić piątkę o prawie pół minuty (z 21:29 na 21:01) i to bardzo mnie ucieszyło, to świetny prognostyk. Z trzeciej i czwartej strony może przyczyna leży w tym, że nie biegłem piątki na zawodach od prawie półtora roku, być może pomogła też szybka, płaska trasa w Kleszczowie. Zobaczymy w tym roku z tą piątką.
Tak jak wspominałem startowałem tyle co kot napłakał, albo nawet mniej, czyli tylko dwa razy:
20.09.2015 - Kleszczów 5 km (atest PZLA), 21:01 (PB)
4.10.2015 – Warszawa 10 km (atest PZLA), 45:29
W zasadzie na moim blogu nie dotykam tematów prywatnych i politycznych, koncentruję się na sprawach sportowych. I tak ma być. Ale koniec roku starego i początek nowego nie mogę sobie odmówić pewnego politycznego wtrętu. W Polsce zmieniła się władza, zmienił się rząd. Podziały w kraju są silne i coraz bardziej widoczne. W kwietniu 1992 zespół T.Love wydał płytę King, a na tej płycie, pod numerem drugim znalazł się utwór X. Ja miałem wówczas 16 lat i byłem w pierwszej klasie liceum, zajmowałem się gównie rozwiązywaniem równań kwadratowych i grą w Supaplex (świetna gra!). W polskiej polityce w 1992 dużo się działo, premierem wtedy był m.in. Jan Olszewski, oj, działo się ;-) Nie wiem, kiedy Zygmunt Staszczyk pisał słowa piosenki i jakie dokładnie wydarzenie polityczne opisywał, ale wiem, że przez te 23 lata niewiele się zmieniło i wszystkie te wydarzenia ostatnich tygodni przypomniały mi o piosence T.Love...
Moje biegowe noworoczne życzenia to biegać więcej, przebiec przynajmniej 1200 km, więcej startować, przynajmniej 5-6 razy, poprawić dyszkę i piątkę, przebiec pierwszy w moim życiu półmaraton...
Wszystkiego Najlepszego w Nowym Roku!
piątek, 4 grudnia 2015
Sztuka ubierania się
Ciemno, buro i ponuro, a za oknem tradycyjna listopadowa pizgawica. Co roku to samo, na szczęście w grudniu coś będzie już przyrastało, a potem już z górki, bo będziemy cieszyli się ociepleniem w styczniu i lutym ;-). Dobry moment, żeby napisać parę słów o ubieraniu się.
Strój biegowy w sezonie jesienno-zimowym jest znacznie ważniejszy niż strój do biegania w lecie czy późną wiosną, chociaż także wtedy zdarzają się przymrozki i warto włożyć na siebie coś cieplejszego. Sportowe ubrania na zimę są oczywiście także droższe i często dopiero tuż przed zimą początkujący amator biegania orientuje się, że krótkie spodenki, koszulka i trampki kosztują relatywnie mało w porównaniu ze strojem zimowym.
Oczywiście każdy reaguje na zimno trochę inaczej, jedni są bardziej wrażliwi na zimno, inni mniej. Ja zaczynam wkładać cieplejsze ubrania przy temperaturze ok. 15 stopni, biegam do temperatury -10 stopni. Kiedy jest zimniej, po prostu nie biegam, mówię pas. W polskich warunkach tak srogie temperatury zdarzają się raczej rzadko, w latach 2011-2015 pamiętam tylko jeden dwutygodniowy okres, kiedy wyjątkowo niskie temperatury zmusiły mnie do zrezygnowania z biegania, było to zimą 2012 roku.
A zatem jak się ubieram ? Kiedy temperatura spada do ok. 15 stopni zakładam długą bluzę i długie spodnie. Bluza jest wtedy jedyną warstwą chroniącą górną część ciała, a zatem staram się kupować bluzy długie, opinające pośladki, żeby uniknąć podwiewania rozgrzanych pleców czy brzucha przez wiatr. Kupuję bluzy z materiałów sztucznych, najczęściej z poliestru. Sama bluza jednak nie opina ciała, jest raczej luźna.
Przy około 10 stopniach do tego zestawu dokładam opaskę na głowę. Dokładnie taką jaką widać na moim zdjęciu profilowym. Opaska ma przede wszystkim chronić uszy, skronie i czoło. Opaska nie musi być niebieska, ale oczywiście wszystkie inne kolory są mniej ciekawe, a przez to – gorsze ;-).
Kiedy temperatura spada do około 5 stopni na górną część ciała zakładam drugą warstwę – podkoszulek termoaktywny, który w przeciwieństwie do bluzy przylega do ciała. Mam wtedy na sobie dwie górne warstwy ubrania: przylegającą oraz luźną. Naturalnie, dopuszczalna w tych temperaturach jest również kombinacja kurtki do biegania oraz podkoszulka termoaktywnego, którą czasami praktykuję.
Przy temperaturach w okolicach 0 stopni zamiast opaski na głowę wkładam czapkę, na ręce rękawiczki natomiast pod długie spodnie zakładam termoaktywne bokserki sięgające prawie do kolan. Te bokserki przede wszystkim mają chronić nerw kulszowy, o którym po raz pierwszy przeczytałem u Skarżyńskiego (Jerzy Skarżyński „Biegiem przez życie”, Szczecin 2012, str. 460). Warto chronić ten nerw, bo na starość bida będzie ;-)
I w końcu najzimniejsza opcja, czyli bieganie w temperaturze -5 stopni i mniej. Pozbywam się bokserek oraz podkoszulka termoaktywnego, zakładam za to pełny komplet termoaktywny, spodnie termoaktywne (długie) oraz bluzę termoaktywną (długą). Oczywiście zakładam także bluzę do biegania (lub kurtkę) oraz długie spodnie. Co ciekawe ten komplet to jedyny element wyposażenia biegacza, którego nie musiałem kupować, został mi jeszcze z czasów, kiedy aktywnie jeździłem na nartach...
Poniżej -10 stopni nie biegam. Warto zauważyć, że nie biegam w trzech warstwach, dwie warstwy ubrania całkowicie wystarczają mi do temperatury -10 stopni.
Siema!
Strój biegowy w sezonie jesienno-zimowym jest znacznie ważniejszy niż strój do biegania w lecie czy późną wiosną, chociaż także wtedy zdarzają się przymrozki i warto włożyć na siebie coś cieplejszego. Sportowe ubrania na zimę są oczywiście także droższe i często dopiero tuż przed zimą początkujący amator biegania orientuje się, że krótkie spodenki, koszulka i trampki kosztują relatywnie mało w porównaniu ze strojem zimowym.
Oczywiście każdy reaguje na zimno trochę inaczej, jedni są bardziej wrażliwi na zimno, inni mniej. Ja zaczynam wkładać cieplejsze ubrania przy temperaturze ok. 15 stopni, biegam do temperatury -10 stopni. Kiedy jest zimniej, po prostu nie biegam, mówię pas. W polskich warunkach tak srogie temperatury zdarzają się raczej rzadko, w latach 2011-2015 pamiętam tylko jeden dwutygodniowy okres, kiedy wyjątkowo niskie temperatury zmusiły mnie do zrezygnowania z biegania, było to zimą 2012 roku.
A zatem jak się ubieram ? Kiedy temperatura spada do ok. 15 stopni zakładam długą bluzę i długie spodnie. Bluza jest wtedy jedyną warstwą chroniącą górną część ciała, a zatem staram się kupować bluzy długie, opinające pośladki, żeby uniknąć podwiewania rozgrzanych pleców czy brzucha przez wiatr. Kupuję bluzy z materiałów sztucznych, najczęściej z poliestru. Sama bluza jednak nie opina ciała, jest raczej luźna.
Przy około 10 stopniach do tego zestawu dokładam opaskę na głowę. Dokładnie taką jaką widać na moim zdjęciu profilowym. Opaska ma przede wszystkim chronić uszy, skronie i czoło. Opaska nie musi być niebieska, ale oczywiście wszystkie inne kolory są mniej ciekawe, a przez to – gorsze ;-).
Kiedy temperatura spada do około 5 stopni na górną część ciała zakładam drugą warstwę – podkoszulek termoaktywny, który w przeciwieństwie do bluzy przylega do ciała. Mam wtedy na sobie dwie górne warstwy ubrania: przylegającą oraz luźną. Naturalnie, dopuszczalna w tych temperaturach jest również kombinacja kurtki do biegania oraz podkoszulka termoaktywnego, którą czasami praktykuję.
Przy temperaturach w okolicach 0 stopni zamiast opaski na głowę wkładam czapkę, na ręce rękawiczki natomiast pod długie spodnie zakładam termoaktywne bokserki sięgające prawie do kolan. Te bokserki przede wszystkim mają chronić nerw kulszowy, o którym po raz pierwszy przeczytałem u Skarżyńskiego (Jerzy Skarżyński „Biegiem przez życie”, Szczecin 2012, str. 460). Warto chronić ten nerw, bo na starość bida będzie ;-)
I w końcu najzimniejsza opcja, czyli bieganie w temperaturze -5 stopni i mniej. Pozbywam się bokserek oraz podkoszulka termoaktywnego, zakładam za to pełny komplet termoaktywny, spodnie termoaktywne (długie) oraz bluzę termoaktywną (długą). Oczywiście zakładam także bluzę do biegania (lub kurtkę) oraz długie spodnie. Co ciekawe ten komplet to jedyny element wyposażenia biegacza, którego nie musiałem kupować, został mi jeszcze z czasów, kiedy aktywnie jeździłem na nartach...
Poniżej -10 stopni nie biegam. Warto zauważyć, że nie biegam w trzech warstwach, dwie warstwy ubrania całkowicie wystarczają mi do temperatury -10 stopni.
Siema!
wtorek, 3 listopada 2015
Jesienne roztrenowanie AD 2015
Miło jest nie biegać. Co prawda ten sezon nie był specjalnie ciężki, nie trenowałem mocno, startowałem tylko dwa razy, ale cudownie jest dać sobie spokój z bieganiem na cztery tygodnie. Nigdy nie miałem i wciąż nie mam problemu z wyszukiwaniem i wykorzystywaniem okazji do leniuchowania, tak stało się też na zakończenie tego sezonu. Taki czterotygodniowy reset, pozwalający odpocząć głowie, ale także pozwalający, po czterech tygodniach, poczuć znowu chęć do biegania, do udeptywania ścieżek, żeby znowu wyjść i zacząć się ruszać.
Te cztery tygodnie pozwoliły mi zobaczyć się nie tylko z moją Panią dentystką i dać jej szansę na znalezienie czwartego, zaginionego kanału w lewej górnej szóstce (nie zauważyła go cztery lata temu :-( ), ale odwiedziłem także moją Panią okulistkę. Ta z kolei oglądała moją siatkówkę. Wspaniale jest odwiedzać lekarzy prywatnie, mając pełną świadomość odprowadzania co miesiąc sporej składki zdrowotnej w ramach pracy na etat.
Nie jest tak, że nie mam na nic czasu trenując przez większą część roku, bo jak wcześniej wspomniałem trenuję dość lekko (i nigdy ciężko nie trenowałem), ale często brakuje chęci i sił, żeby odwiedzić lekarza czy załatwić inne, potrzebne sprawy. Po prostu ich brakuje. Realizując plan treningowy jest się jak w pędzącym pociągu, który nie zatrzymuje się na żadnej stacji, żyje się od treningu do treningu, wpada się w pewien rytm, amok, monotonię. Normalni ludzie tego nie potrafią zrozumieć.
Moje mieszkanie po tych czterech tygodniach też wygląda inaczej, mówiąc wprost – jest czystsze.
Roztrenowanie to jesień, a jesień to czas podsumowań i rozmyślań. Czy na pewno dobrze zrobiłem praktycznie całkowicie odpuszczając ten rok ? Czy i ile poprawię się przyszłym roku ? Ile jeszcze życiówek przede mną ? Do jakich czasów dojdę ? To są pytania, które trapią większość biegaczy, przynajmniej tych z minimalnym poziomem ambicji biegowych. I szkoda, że już niedługo skończę 39 lat, naprawdę, k…a szkoda. Myślę, że można poprawiać się do około 50 lat, potem statystyczny trenujący zalicza życiówkowy zgon ;-) Podobno trochę inaczej jest w triathlonie.
Roztrenowanie to w moim przypadku także okres intensywniejszego chodzenia na pływalnie. Lubię pływać, zawsze w trakcie sezonu biegowego mi tego pływania brakuje. W zasadzie to czasami trudno mi określić, którą dyscyplinę lubię najbardziej. Wcale nie jest tak, ze jestem jakimś wielkim fanem biegania i chyba każdy, kto regularnie czytuje mojego bloga to dostrzegł. Mogę sobie wyobrazić, że nagle przestaję biegać i zaczynam chodzić regularnie na basen trzy czy cztery razy w tygodniu. A może to rower jest moją ulubioną dyscypliną ?
Minęły cztery tygodnie z małym hakiem od ostatniego biegu. Ciekawe jak będzie z tym moim bieganiem, jaka będzie forma, a jakie tętno. Czas wyciągnąć z szafy ubrania jesienno-zimowe. Zakładam długie spodnie i długą bluzę, na głowę opaskę, garmina na łapę, no i oczywiście najki na nogi. Chciałbym kupić tej jesieni rękawiczki (stare się przetarły) i jakiś krótki termoaktywny komplet pod bluzę i spodnie, za dużo naczytałem się ostatnio o rwie kulszowej ;-), może w tym tygodniu uda się cos kupić.
Wychodzę z domu, wsiadam do samochodu i po piętnastu minutach jestem przy swojej ulubionej miejskiej ścieżce. Wysiadam z samochodu i orientuję się, ze zapomniałem paska do tętna oraz saszetki na ramię, w której zazwyczaj chowam kluczyki. Przez miesiąc wszystkie biegowe nawyki poszły w las. Na początek planuję sześć kilometrów, delikatnie i spokojnie, spokojnie i delikatnie. Garmin po pierwszym kilometrze głośno pika i wyświetla tempo 5:25/km. Kolejne kilometry wchodzą gładko i bez bólu. Garmin piszczy po szóstym kilometrze, a ja naciskam stoper i zatrzymuję się. 32 minuty i 2 sekundy, tempo 5:20/km. Cóż, nowy sezon można uznać za rozpoczęty.
Jeszcze się rozciągam, potem wsiadam do samochodu, w radiu trwa właśnie wywiad z Marcinem Świetlickim, od razu rozpoznaję jego głos.
niedziela, 11 października 2015
Biegnij Warszawo 2015
Nie wyszedł mi ten start i już. Nie zamierzam się mazać na blogu więc w krótkich żołnierskich słowach mogę napisać, że do porażki przyczyniły się: moja waga przed startem, pogoda (zbyt ciepło), dokuczliwe słońce, wiatr, lekka infekcja i katar w tygodniu przedstartowym (na szczęście bez gorączki). Nic, praktycznie nic nie ułożyło się przed tym biegiem. Szkoda, bo mam w tej chwili formę na 43-44 minuty, co pokazał bieg w Kleszczowie.
Czas netto: 45:29
OPEN: 643/8620
Pogoda: 23 st., bezchmurne niebo, słońce, wiatr 18 km/h
Stanąłem rano na wadze i wyświetliła się liczba 82.5 kg. No dobra, to jeszcze raz Bzzyyyyk... No i znowu 82.5 kg. O kurde, jak to się stało ? Od razu odeszła mi ochota na ten bieg. Ale zjadłem śniadanie i pojechałem samochodem w kierunku stadionu przy Łazienkowskiej, zaparkowałem przy ulicy Róż. Była już jedenasta, bieg zaczynał się o dwunastej. Wiedziałem, że będzie trudno skorzystać mi z depozytu i zostawiłem wszystko w samochodzie. Rozpocząłem rozgrzewkę dwadzieścia minut później, zbyt krótką i zbyt niedbałą. Potem toaleta i pobiegłem ustawić się w strefie. Moja strefa (poniżej 45 minut) startowała jako pierwsza. O dziwo, było luźno, wydaje mi się, że ludzie raczej karnie ustawiali się w swoich strefach. Wystartowaliśmy w południe, pogoda nie sprzyjała, ale nie była całkiem zła.
Pierwszy kilometr w 4:20, trochę za szybko, tętno 174, nie było tłoku na starcie, ludzie się nie przepychali, strefy działały (przynajmniej ta pierwsza - poniżej 45 minut, o innych się nie wypowiadam).
Drugi kilometr w 4:23, zwalniam, ale tętno na końcu tego kilometra to 179 uderzeń, za dużo, czuję to, że jest to za dużo i wiem, że nie będzie dobrze :(
Trzeci kilometr w 4:25, tętno 182 uderzenia (92% tętna maksymalnego) i niestety – w czasie tego biegu nie zejdzie już poniżej tego poziomu. Pierwszy raz mam ochotę zwolnić, odpuścić ten bieg.
Czwarty kilometr w 4:26, podbieg na ulicy Spacerowej, podbieg jeszcze daję radę przebiec w niezłym tempie, ale bardzo mnie osłabia i męczy. Cały czas myślę, żeby zejść z trasy, przejść do marszu. Widzę pierwszych maszerujących i wewnętrzy diabełek mówi "oni idą, ty też możesz sobie trochę podejść". Tętno na końcu czwartego kilometra wariuje - 188 uderzeń.
Piąty kilometr w 4:38, słabnę, kryzys ciągle trwa, cały czas walczę ze sobą, żeby biec, żeby nie zwolnić, tętno 185 uderzeń. Myślę o swoich biegach WB2, które biegałem podobnym tempem, ale z tętnem o jakieś 15 uderzeń mniejszym. Wtedy nie było słońca i było 10 stopni mniej. Już wiem, że 43:30 jest dziś nieosiągalne.
Na początku szóstego kilometra widzę ustawione kubeczki z wodą, normalnie na dystansie 10 km wody nie piję, ale dziś jest ciepło, mam wyschnięte usta i biorę kubeczek, piję dwa łyki, resztę wylewam na głowę. Tętno stabilizuje się na poziomie 185-186 uderzeń, ale tempo jest marne – kończę ten kilometr ze średnim 4:37/km.
Siódmy kilometr w 4:44, wyraźnie zwalniam, kryzys trwa, ale wiem, że jak przebiegnę ten siódmy kilometr to dam radę przebiec dobrym tempem cały bieg, tętno 184-185 uderzeń. Jakaś staruszka z laską przeciska się przez tłum biegnących na Marszałkowskiej, zauważam ją w ostatniej chwili, ledwo omijam, ciekawe, czy równie odważnie włazi między pędzące samochody ;-)
Ósmy kilometr w 4:39, skręcamy z Marszałkowskiej w Aleje Jerozolimskie, sporo ludzi stoi po bokach, jednak ten bieg ma swój klimat i urok.
Dziewiąty kilometr w 4:45, skręcamy w Aleje Ujazdowskie, wiem, ze już dobiegnę, kryzys już za mną.
Dziesiąty kilometr w 4:16, biegniemy z górki, czuję ulgę, że za chwilę się ten bieg skończy, przyspieszam i nawet udaje mi się finisz w szybkim tempie, tętno dochodzi do 193 uderzeń, 45:29 netto, całkiem nieźle w końcu wyszło.
Najbardziej cieszy mnie z tego biegu nie wynik, nie fakt uczestnictwa, ale to, że przełamałem kryzys, że nie przeszedłem do marszu, nie zacząłem dreptać po 5:30/km, to cieszy...
A na koniec zagadka: bieg na dystansie 5 km przebiegłem dwa tygodnie temu ze średnim tętnem 180 uderzeń, jakie średnie tętno miałem podczas Biegnij Warszawo ?
Odpowiedź: 182 :)
Ahoj!
Czas netto: 45:29
OPEN: 643/8620
Pogoda: 23 st., bezchmurne niebo, słońce, wiatr 18 km/h
Stanąłem rano na wadze i wyświetliła się liczba 82.5 kg. No dobra, to jeszcze raz Bzzyyyyk... No i znowu 82.5 kg. O kurde, jak to się stało ? Od razu odeszła mi ochota na ten bieg. Ale zjadłem śniadanie i pojechałem samochodem w kierunku stadionu przy Łazienkowskiej, zaparkowałem przy ulicy Róż. Była już jedenasta, bieg zaczynał się o dwunastej. Wiedziałem, że będzie trudno skorzystać mi z depozytu i zostawiłem wszystko w samochodzie. Rozpocząłem rozgrzewkę dwadzieścia minut później, zbyt krótką i zbyt niedbałą. Potem toaleta i pobiegłem ustawić się w strefie. Moja strefa (poniżej 45 minut) startowała jako pierwsza. O dziwo, było luźno, wydaje mi się, że ludzie raczej karnie ustawiali się w swoich strefach. Wystartowaliśmy w południe, pogoda nie sprzyjała, ale nie była całkiem zła.
Pierwszy kilometr w 4:20, trochę za szybko, tętno 174, nie było tłoku na starcie, ludzie się nie przepychali, strefy działały (przynajmniej ta pierwsza - poniżej 45 minut, o innych się nie wypowiadam).
Drugi kilometr w 4:23, zwalniam, ale tętno na końcu tego kilometra to 179 uderzeń, za dużo, czuję to, że jest to za dużo i wiem, że nie będzie dobrze :(
Trzeci kilometr w 4:25, tętno 182 uderzenia (92% tętna maksymalnego) i niestety – w czasie tego biegu nie zejdzie już poniżej tego poziomu. Pierwszy raz mam ochotę zwolnić, odpuścić ten bieg.
Czwarty kilometr w 4:26, podbieg na ulicy Spacerowej, podbieg jeszcze daję radę przebiec w niezłym tempie, ale bardzo mnie osłabia i męczy. Cały czas myślę, żeby zejść z trasy, przejść do marszu. Widzę pierwszych maszerujących i wewnętrzy diabełek mówi "oni idą, ty też możesz sobie trochę podejść". Tętno na końcu czwartego kilometra wariuje - 188 uderzeń.
Piąty kilometr w 4:38, słabnę, kryzys ciągle trwa, cały czas walczę ze sobą, żeby biec, żeby nie zwolnić, tętno 185 uderzeń. Myślę o swoich biegach WB2, które biegałem podobnym tempem, ale z tętnem o jakieś 15 uderzeń mniejszym. Wtedy nie było słońca i było 10 stopni mniej. Już wiem, że 43:30 jest dziś nieosiągalne.
Na początku szóstego kilometra widzę ustawione kubeczki z wodą, normalnie na dystansie 10 km wody nie piję, ale dziś jest ciepło, mam wyschnięte usta i biorę kubeczek, piję dwa łyki, resztę wylewam na głowę. Tętno stabilizuje się na poziomie 185-186 uderzeń, ale tempo jest marne – kończę ten kilometr ze średnim 4:37/km.
Siódmy kilometr w 4:44, wyraźnie zwalniam, kryzys trwa, ale wiem, że jak przebiegnę ten siódmy kilometr to dam radę przebiec dobrym tempem cały bieg, tętno 184-185 uderzeń. Jakaś staruszka z laską przeciska się przez tłum biegnących na Marszałkowskiej, zauważam ją w ostatniej chwili, ledwo omijam, ciekawe, czy równie odważnie włazi między pędzące samochody ;-)
Ósmy kilometr w 4:39, skręcamy z Marszałkowskiej w Aleje Jerozolimskie, sporo ludzi stoi po bokach, jednak ten bieg ma swój klimat i urok.
Dziewiąty kilometr w 4:45, skręcamy w Aleje Ujazdowskie, wiem, ze już dobiegnę, kryzys już za mną.
Dziesiąty kilometr w 4:16, biegniemy z górki, czuję ulgę, że za chwilę się ten bieg skończy, przyspieszam i nawet udaje mi się finisz w szybkim tempie, tętno dochodzi do 193 uderzeń, 45:29 netto, całkiem nieźle w końcu wyszło.
Najbardziej cieszy mnie z tego biegu nie wynik, nie fakt uczestnictwa, ale to, że przełamałem kryzys, że nie przeszedłem do marszu, nie zacząłem dreptać po 5:30/km, to cieszy...
A na koniec zagadka: bieg na dystansie 5 km przebiegłem dwa tygodnie temu ze średnim tętnem 180 uderzeń, jakie średnie tętno miałem podczas Biegnij Warszawo ?
Odpowiedź: 182 :)
Ahoj!
środa, 23 września 2015
III Kleszczów na Piątkę
Sam nie wiem jak to się stało, że zdecydowałem się pojechać do Kleszczowa. Chyba przeglądałem kalendarz biegów na maratonachpolskich.pl i wypatrzyłem ten Kleszczów. Trasa płaska, podobno bardzo szybka i świetna do bicia rekordów życiowych. Czyli piątka, jakiej w Warszawie i okolicach ze świecą szukać… W każdym bądź razie zapisałem się na ten bieg na początku sierpnia.
Wyjechałem z Warszawy w sobotę pól do piątej po południu i wpadłem na szatański pomysł skorzystania z nawigacji. Nawigacja, jak to nawigacja, specjalnie inteligentna nie jest (chociaż to nawigacja Garmina) i nie wie, że w Polsce powstają nowe autostrady, a łączniki są zamykane i otwierane. Dziwnie mnie prowadziła, w pewnym momencie groził mi wielogodzinny postój na pasie postojowym z pustym bakiem. Do Bełchatowa jest około stu sześćdziesięciu kilometrów, droga prosta jak drut, ale z tych stu sześćdziesięciu kilometrów zrobiło się trzysta dwadzieścia trzy (sic!) i pięć godzin jazdy. Tylko dlatego, że po dwustu kilometrach pieprznąłem nawigację do schowka, włączyłem tryb myślenia i zacząłem jechać myśląc. O kurczę, mistrzostwo świata. Dobrze, że nie zrobiłem z tysiąc kilometrów i nie dojechałem na Węgry albo do Chorwacji.
Dojechałem do Bełchatowa przed dziesiątą wieczorem i zameldowałem się w hotelu, który okazał się domem weselnym ;-), a na dole właśnie trwało jakieś weselicho, ale było spokojnie. Rano znowu zaufałem nawigacji i pojechałem do Kleszczowa, tym razem poprowadziła mnie bezbłędnie (pewnie nie budują w tych okolicach żadnych nowych dróg ;-)), Kleszczów znajduje się dwadzieścia dwa kilometry na południe od Bełchatowa.
A sam start będę wspominał jako udany. Temperatura 15 stopni, pełne zachmurzenie, duży wiatr, spiker ostrzegał nas przed tym wiatrem, ale mi ten wiatr specjalnie nie przeszkadzał, a może po prostu tylko mi się tak wydawało w ferworze walki. Zająłem 86/319 miejsce w klasyfikacji open.
Pierwszy kilometr w 4:06, biegniemy pełne kółko po stadionie i wbiegamy na ulice Kleszczowa. Jest luźno. Tętno 173 uderzenia, na razie jest spokojnie, miło i przyjemnie.
Drugi kilometr także w 4:06, niewiele z niego pamiętam, w ogóle z tego biegu niewiele pamiętam, na dystansie 5 km to jest jednak po prostu walka. Tętno 179 uderzeń, czyli wciąż nie za wysoko.
Trzeci kilometr w 4:11, zwalniam zgodnie z planem, tętno 186, auuuć - na takim tętnie to ostatni raz biegałem rok temu ;-). Eh, brak treningów w tempie startowym się kłania. I brak treningów pod 5 km także.
Czwarty kilometr w 4:15, zwalniam, chociaż powinienem trzymać tempo, niestety – jak napisałem wcześniej, nic z tego kilometra nie pamiętam ;-) Wiem tylko, że nie chciało mi się biec ;-) Tętno 186 uderzeń.
Piąty kilometr w 4:09, przyspieszam. Naprawdę mam serdecznie dosyć tego biegu, ale nie mam kryzysu, mam ochotę walczyć, wiem, ze biegnę po życiówkę i to naprawdę dodaje mi skrzydeł. Tętno 186-189 uderzeń, to już 95% mojego tętna maksymalnego. Mniej więcej 700 metrów przed metą przestaję w ogóle patrzeć na zegarek i myślę już tylko o tej pieprzonej mecie. Jeszcze 600 metrów, 550 metrów, jeszcze 500 metrów, odliczam w myślach, jeszcze cały ten cholerny stadion do przebiegnięcia przede mną. Wpadamy na stadion, pamiętam, że biegnie przede mną biegacz w pomarańczowej koszulce i czarnych spodenkach, wiem, że powinienem podjąć walkę i zdobyć się na jakiś finisz (piszą o tym w podręcznikach biegowych ;-)), ale daje sobie spokój i lecę swoim tempem. Jest życiówka, pokazuje się 21:01.79 na zegarku (netto), potwierdza się to potem w oficjalnych wynikach. Jestem zadowolony, po półtora roku znowu mam nową życiówkę na 5K.
Nie dam chyba rady jednak w tym roku złamać 43 minut na dyszkę, będę jednak biegł w Biegnij Warszawo na czas 43:30. Nie chcę spekulować, kombinować, biorę swoje i jedynie czego chcę to rozpocząć po BW słodkie roztrenowanie...
ahoj!
Wyjechałem z Warszawy w sobotę pól do piątej po południu i wpadłem na szatański pomysł skorzystania z nawigacji. Nawigacja, jak to nawigacja, specjalnie inteligentna nie jest (chociaż to nawigacja Garmina) i nie wie, że w Polsce powstają nowe autostrady, a łączniki są zamykane i otwierane. Dziwnie mnie prowadziła, w pewnym momencie groził mi wielogodzinny postój na pasie postojowym z pustym bakiem. Do Bełchatowa jest około stu sześćdziesięciu kilometrów, droga prosta jak drut, ale z tych stu sześćdziesięciu kilometrów zrobiło się trzysta dwadzieścia trzy (sic!) i pięć godzin jazdy. Tylko dlatego, że po dwustu kilometrach pieprznąłem nawigację do schowka, włączyłem tryb myślenia i zacząłem jechać myśląc. O kurczę, mistrzostwo świata. Dobrze, że nie zrobiłem z tysiąc kilometrów i nie dojechałem na Węgry albo do Chorwacji.
Dojechałem do Bełchatowa przed dziesiątą wieczorem i zameldowałem się w hotelu, który okazał się domem weselnym ;-), a na dole właśnie trwało jakieś weselicho, ale było spokojnie. Rano znowu zaufałem nawigacji i pojechałem do Kleszczowa, tym razem poprowadziła mnie bezbłędnie (pewnie nie budują w tych okolicach żadnych nowych dróg ;-)), Kleszczów znajduje się dwadzieścia dwa kilometry na południe od Bełchatowa.
A sam start będę wspominał jako udany. Temperatura 15 stopni, pełne zachmurzenie, duży wiatr, spiker ostrzegał nas przed tym wiatrem, ale mi ten wiatr specjalnie nie przeszkadzał, a może po prostu tylko mi się tak wydawało w ferworze walki. Zająłem 86/319 miejsce w klasyfikacji open.
Pierwszy kilometr w 4:06, biegniemy pełne kółko po stadionie i wbiegamy na ulice Kleszczowa. Jest luźno. Tętno 173 uderzenia, na razie jest spokojnie, miło i przyjemnie.
Drugi kilometr także w 4:06, niewiele z niego pamiętam, w ogóle z tego biegu niewiele pamiętam, na dystansie 5 km to jest jednak po prostu walka. Tętno 179 uderzeń, czyli wciąż nie za wysoko.
Trzeci kilometr w 4:11, zwalniam zgodnie z planem, tętno 186, auuuć - na takim tętnie to ostatni raz biegałem rok temu ;-). Eh, brak treningów w tempie startowym się kłania. I brak treningów pod 5 km także.
Czwarty kilometr w 4:15, zwalniam, chociaż powinienem trzymać tempo, niestety – jak napisałem wcześniej, nic z tego kilometra nie pamiętam ;-) Wiem tylko, że nie chciało mi się biec ;-) Tętno 186 uderzeń.
Piąty kilometr w 4:09, przyspieszam. Naprawdę mam serdecznie dosyć tego biegu, ale nie mam kryzysu, mam ochotę walczyć, wiem, ze biegnę po życiówkę i to naprawdę dodaje mi skrzydeł. Tętno 186-189 uderzeń, to już 95% mojego tętna maksymalnego. Mniej więcej 700 metrów przed metą przestaję w ogóle patrzeć na zegarek i myślę już tylko o tej pieprzonej mecie. Jeszcze 600 metrów, 550 metrów, jeszcze 500 metrów, odliczam w myślach, jeszcze cały ten cholerny stadion do przebiegnięcia przede mną. Wpadamy na stadion, pamiętam, że biegnie przede mną biegacz w pomarańczowej koszulce i czarnych spodenkach, wiem, że powinienem podjąć walkę i zdobyć się na jakiś finisz (piszą o tym w podręcznikach biegowych ;-)), ale daje sobie spokój i lecę swoim tempem. Jest życiówka, pokazuje się 21:01.79 na zegarku (netto), potwierdza się to potem w oficjalnych wynikach. Jestem zadowolony, po półtora roku znowu mam nową życiówkę na 5K.
Nie dam chyba rady jednak w tym roku złamać 43 minut na dyszkę, będę jednak biegł w Biegnij Warszawo na czas 43:30. Nie chcę spekulować, kombinować, biorę swoje i jedynie czego chcę to rozpocząć po BW słodkie roztrenowanie...
ahoj!
Subskrybuj:
Posty (Atom)













