sobota, 8 sierpnia 2015

Berlin


W Berlinie byłem dwa razy, trzydzieści lat temu, był wtedy jeszcze podzielony na dwie części i mam bardzo mgliste wspomnienia z tamtych wyjazdów, pamiętam, że widziałem wieżę telewizyjną na Alexanderplatz, a za Bramą Brandenburską była część zachodnia i posterunki graniczne. Teraz po trzydziestu latach odwiedziłem to miasto znowu, wyjazd integracyjny z pracy, czyli tzw. "timowy ofsajd” ;-). Stanąłem przed zadaniem rozłożenia i złożenia moich treningów na nowo.

Planowo biegam we wtorki, czwartki oraz niedziele (wymiennie z rowerem), w soboty mam zaplanowane ćwiczenia core stability. Wyjazd do Berlina jest dwudniowy, wyjazd w czwartek rano, powrót w piątek wieczorem.

Wtorkowe OWB1 przekładam na środę, dzień przed podróżą. Po drodze z pracy robię jeszcze zakupy przed wyjazdem, a potem ruszam na trening. W czasie dnia jest bardzo gorąco, temperatura sięga 29 stopni, wieczorem 26 stopni, ale jest duszno, bardzo duszno. Wykręcam 10 km w średnim tempie 5:26/km przy tętnie 159 uderzeń. Po treningu szybki prysznic, kolacja i od razu do łóżka, bo jutro trzeba o czwartej wstać. Niecałe cztery godziny snu.

Nie mam pojęcia jak to robię, ale budzę się kilka minut po czwartej, czuję się jak męczennik. Jadę na Dworzec Zachodni, jedziemy w przedziale we czwórkę, trochę wsłuchuję się i uczestniczę w dyskusji w przedziale, a trochę czytam „Do rzeczy”. W sumie żadna z tych czynności nie wychodzi mi dobrze. W Poznaniu dosiadają się koledzy i jedna koleżanka i jest nas łącznie dziewięć sztuk.

Przyjeżdżamy do Berlina kilka minut po jedenastej, idziemy zobaczyć pozostałości muru, płyniemy statkiem wycieczkowym po Sprewie i wjeżdżamy na wieżę telewizyjną na Alexanderplatz. W tak zwanym międzyczasie meldujemy się w hotelu, a do obiadu pęka pierwszy browar. Eh, jak ja rzadko piję piwo, przecież każdy kilogram biegacza mniej to statystycznie 27 sekund lepiej na dystansie 10 kilometrów. Podobno. A może to było 37 sekund ;-) ? Siadamy na trawce przed katedrą berlińska i pęka drugie bro. Oho, robi się groźnie. Pogoda jest fantastyczna, ciepło, słońce, ale chłodzi nas wiatr, nie jest duszno.

Jeszcze kolacja i trzeci browar. Sympatycznie, ale kończę kolację z mocnym postanowieniem poprawy w temacie bro. Wracamy około dziewiątej do hotelu, koledzy umawiają się na nocne zwiedzanie Berlina, ale ja padam na twarz i muszę się wyspać. Jeszcze tylko ćwiczenia core stability przed snem, które normalnie robię w sobotę, udaje się je zrobić, pomimo zmęczenia. Zawsze śpi mi się rewelacyjnie w hotelach i tak samo jest tym razem.

W piątek rano śniadanie, a po śniadaniu zespołowa dyskusja o zaangażowaniu. Potem jedziemy metrem do Muzeum Techniki, niezwykle interesujące miejsce, polecam. Obiad, a do obiadu zamawiam sok pomarańczowy, robię mały grupowy wyłomik ;-) Idziemy na dworzec i powoli kończy się nasz pobyt w Berlinie. Pociąg dociera na Dworzec Zachodni kilkanaście minut po dwudziestej trzeciej, w domu jestem po północy, padam na twarz, jestem strasznie zmęczony. Zasypiam z mocnym postanowieniem zrobieniem dwóch treningów w sobotę i niedzielę – biegania i roweru.

W sobotę wstaję i czuję, że jestem zmęczony. Po południu zaczyna padać deszcz, wychodzę na trening pomimo deszczu. Planuję zrobić 11 km w miejskim parku na pętli o długości 1.4 km. Na siódmym kilometrze odzywa się niemieckie currywurst, przyciśnięty przez potrzebę wracam do domu, ale potem wracam do parku i kończę trening. Jest dość chłodno jak na tę porę roku, tylko 23 stopnie. Tempo wychodzi 5:40/km przy średnim pulsie 157 uderzeń, czyli bywało lepiej.

Wstaję w niedzielę i rano jeszcze mam ochotę pojeździć na rowerze, tak jak planowałem. Ale trening w deszczu zrobił swoje, w gardle drapie, głowa też jest jakoś dziwnie ociężała. Dzień mija, a mi coraz mniej się chce wyjść na rower. Czasami po prostu się nie chce, czasami trzeba odpuścić, tłumaczę sobie. To pewnie wina Berlina.

Tutaj można znaleźć więcej zdjęć z Berlina.

ahoj!

piątek, 3 lipca 2015

Rollercoaster

Po listopadowym Biegu Niepodległości miałem serdecznie dość biegania i jeszcze bardziej serdecznie dość planów treningowych. Po rekordowej dyszce wyszedłem następnego dnia przetruchtać cztery kilometry. Potem przez miesiąc pauzowałem i chodziłem wyłącznie na basen.

Zastanawiałem się często jak biegać w nadchodzącym roku. Chciałem wyłącznie zaliczać kilometry, biegać bez patrzenia na plany i nie przejmować się jakimiś startami. Miałem za dużo celów, zadań w pracy, w domu (remonty :)), wszystkie pilne i bardzo konkretne i nie chciałem dodatkowo realizować jakiś celów biegowych. Ale przeszedł maj i remonty też przeszły i nie było tak strasznie.

Jednocześnie zdawałem sobie sprawę, że jeśli tylko mój garmin wrzaśnie mi do ucha "Ej! Przy takim niskim tętnie nie biegaliśmy tak szybko jeszcze, hę ?", to nic nie zdoła mnie powstrzymać przed zapisaniem się na jakiś bieg. Postanowiłem znaleźć sposób jak biegać regularnie, ale w taki sposób, żeby się nie poprawić. I stąd zrodziła się w mej głowie idea dwa i pół treningu tygodniowego na tydzień, czyli pięciu treningów biegowych w ciągu dwóch tygodni. Ale to wszystko było na początku roku.

Nie byłbym jednak sobą gdybym poprzestał wyłącznie na bieganiu, wiadomo, że oprócz jedzenia, spania, chodzenia do pracy, biegania w Wszechświecie wyróżniamy jeszcze dwie cząstki elementarne: pływanie i jeżdżenie rowerem, haha. Postanowiłem zatem pięć treningów biegowych w co dwa tygodnie urozmaicać pływaniem lub kolarstwem.

I tak drugiego tygodnia grudnia zacząłem moją zabawę, wyszedłem dwa razy na trening i przebiegłem 9 kilometrów. W następnym tygodniu wyszedłem trzy razy i przebiegłem łącznie 13 kilometrów. W kolejnym – dwa razy przebiegając łącznie 10 kilometrów. I tak powstało coś co na swój prywatny użytek nazwałem trening typu rollercoaster, czyli biegowa kolejka górska, która zwiększa i zmniejsza kilometraż co tydzień, podbijając licznik co dwa tygodnie o jeden, totalna zabawa :)


Nie oczekiwałem i nie liczyłem na to, że takie bieganie doprowadzi mnie do czegoś sensownego, celem miało być wyłącznie zaliczanie kilometrów, bieganie dla zdrowia. Od początku kwietnia zacząłem wplatać w bieganie biegi w drugim zakresie tętna – mniej więcej co dwa tygodnie taki lekko pobudzający akcencik. Poza tym od listopada ganiałem wyłącznie pierwszy zakres. Wzrost formy nastąpił po włączeniu biegów w drugim zakresie tętna.


Powyższy plan to tylko naturalna kontynuacja tego, co biegałem do tej pory, opakowałem to w arkusz excela, policzyłem tygodnie do startu i dodałem przebieżki, core stability oraz jednostkę 3M. Jak widać w końcu w moim piątym biegowym sezonie dobijam do 30 km/tyg. i to mój mały osobisty tegoroczny sukcesik. Mam nadzieję, że to wszystko powinno mnie zaprowadzić do 42:xx na dyszkę na początku października. Początkowo planowałem pobiec poniżej 44 minut, ale wydaje mi się, że na 43:xx jestem już teraz. Zobaczymy. Plan można zobaczyć i śledzić klikając w link
ahoj!

sobota, 6 czerwca 2015

Ruszyła maszyna po szynach ospale


A jednak przegrałem wewnętrzna walkę z samym sobą, żeby w tym roku nigdzie nie startować :). Naprawdę, ale to naprawdę nie chciałem nigdzie startować. Chciałem zrobić sobie wolny rok, miałem sporo „niebiegowych” spraw do załatwienia, kilka z nich mam już za sobą. Parę spraw ważnych, ważniejszych niż tuptanie po lasach i asfalcie wciąż przede mną.

Od początku grudnia zeszłego roku biegałem bez żadnego specjalnego planu, 2-3 razy tygodniowo, chodziłem na basen, a od kwietnia zacząłem jeździć na rowerze. Liczyłem kilometry, po drodze trafiło się kilka nieco mocniejszych treningów w drugim zakresie tętna, no i oczywiście sporo krosów. Ale 80-90% biegów to były BeeSy, albo jak kto woli – biegi w pierwszym zakresie tętna, lub jeszcze inaczej – OWB1 :).

Ale przyszedł moment, który zburzył wszystkie moje plany. Wiedziałem, czułem, że forma wzrasta pomimo tego, że nie biegałem nawet 3 razy tygodniowo. W Boże Ciało postanowiłem przebiec piątkę spokojnym tempem po podmiejskich uliczkach o małym natężeniu ruchu samochodowego. No i tempo tego biegu spokojnego wyszło fantastyczne to znaczy 5:12/km przy niskim jak na mnie tętnie 154 uderzeń. To był któryś z kolei naprawdę dobrze rokujący trening. Cóż, jeśli nowa życiówka po prostu puka do drzwi, to trudno mi tych drzwi po prostu nie otworzyć. Bardzo na życiówkach mi nie zależy, ale żeby aż tak, to nie. No i bieganie w kółko OWB1 trochę mnie zmęczyło.

Zapisałem się i opłaciłem start w Biegnij Warszawo, bieg dość drogi, ale na miejscu, nie muszę wydawać dodatkowych pieniędzy na benzynę czy hotel. Bieg odbędzie się na początku października. W Biegnij Warszawo biegłem już w 2011 roku (51:44, mój debiut) oraz w 2012 roku (47:20). Tym razem będę starał się pobiec poniżej 44 minut. Ale to dopiero za cztery miesiące.

ahoj

PS. Na zdjęciu kamień poświęcony pamięci prof. Plapisa – koniec szlaku żółtego im. Stefana Żeromskiego w Kampinoskim Parku Narodowym. Więcej zdjęć można znaleźć pod linkiem https://goo.gl/photos/rBr7J68c1ub2rQou5

sobota, 2 maja 2015

Sezon rowerowy czas zacząć

W pierwszej kolejności postanawiam nasmarować łańcuch w rowerze. Ha, ile radości przynosi mi ubrudzenie się smarem. Poważnie, fantastycznie jest ubrudzić się smarem raz na jakiś czas. Byle nie za często. Co lepsze, od razu widzę efekt mojej pracy (tj. nasmarowany łańcuch), a w branży IT, w której pracuję, to bywa często trudne, o ile nie niemożliwe. Takie życie. Ale na razie nie zamierzam zmieniać zawodu...

Potem reguluję przedni hamulec. Ten hamulec domagał się regulacji od lata ubiegłego roku. Już na finiszu duathlonu w Makowie ktoś spostrzegawczy krzyknął w moją stronę „Przedni hamulec!” i miał całkowitą rację. Teraz postanowiłem go wyregulować, w końcu chodzi o bezpieczeństwo. Przy okazji ustawiam klamki hamulców tak, żeby były ustawione pod (mniej więcej) tym samym kątem do płaszczyzny ramy.

Następnie zabieram się za najtrudniejszą część rowerowej układanki – regulację przerzutek. Z przodu trzy przerzutki, z tyłu siedem, w dodatku manetki oraz przerzutki mam z różnych parafii, a dokładnie rzecz biorąc – z różnych grup osprzętu. Ale powoli, cierpliwie posługując się instrukcją, którą można znaleźć tutaj udaje mi się wyregulować przerzutki. Jednocześnie obiecuję sobie, że w przyszłym roku wymienię manetki przerzutek oraz przerzutkę przednią, tak, żeby wszystko było z jednej grupy osprzętu (czyli Altus, żadna tam rewelacja).

Potem zabieram się za zmierzenie obwodu koła. Pompuję koło do 60 PSI, zabieram do plecaczka kolorową taśmę, miarkę i kawałek zaostrzonej kredy. Jednym słowem – zestaw skauta:


Naklejam na koło wąski pasek czerwonej taśmy i prowadzę rower aż koło obróci się dwa razy, zaznaczam miejsca styku taśmy z asfaltem kredą. Mierzę odległość miarką i dzielę przez dwa. Hmm.. wygląda na to, że koło ma obwód 1922 mm, przyda mi się to przy kalibracji licznika.


Montuję na mostku nowe etui rowerowe na IPhone’a produkt firmy Topeak o nazwie SmartPhone DryBag. Ustrojstwo kosztowało 80 zł (z przesyłką) i po zamontowaniu sprawuje się jak dotąd nieźle. Folia ochronna tego etui ma jedną świetną cechę – smartfon reaguje przez nią na dotknięcie palcem. Montuję na kierownicy także nowy licznik - przewodową Sigmę BC 16.12 (93 zł). Licznik jakich wiele, z ciekawszych funkcji pokazuje temperaturę, a poza tym obsługuje dwa rowery. Po zamontowaniu licznika wbijam do niego wartość 1922 milimetrów. Cóż, pierwsze przejażdżki pokazują, że Sigma zlicza dystans praktycznie identycznie jak aplikacja Runkeeper zainstalowana na iPhone’ie. Porządek musi być.

piątek, 3 kwietnia 2015

Rozmyślania o półmaratonie


Wczoraj przebiegłem swoją pierwszą dyszkę w tym roku. Fajnie. Tempo dyszki to 5:22/km przy tętnie 156, czyli takie moje dobrze mi znane i lubiane OWB1. Lubimy się ostatnio z moim OWB1. Pomyślałem, że spokojnie byłbym w stanie dołożyć do tej dyszki drugą taką dyszkę, a potem jeszcze kilometr i jeszcze dziewięćdziesiąt siedem i pół metra ;-).

Szybki szus po kalkulator, hmm, ile zająłby mi półmaraton przy tym tempie 5:22/km ? Ach, już mam – półmaraton zająłby mi 1:53:13. Joł!

Ale hola. Jeśli skorzystam z gościnności Pana McMillana albo Pana Danielsa i wpiszę czas mojej rekordowej listopadowej dyszki to otrzymam nawet czas półmaratonu 1:39:45, przy czym Pan Daniels jest łaskawszy niż Pan McMillan i daje mi dwadzieścia osiem sekund lepiej. A zatem rozwiązanie równania „krunner + półmaraton = x” leży pomiędzy 1:53:13 a 1:39:45. Joł!

A w ogóle to chciałbym przebiec siedemdziesiąt sześć półmaratonów. Dlaczego akurat siedemdziesiąt sześć a nie siedemdziesiąt dziewięć ? Ponieważ urodziłem się w 1976 roku ;-) Każdy w innym mieście, w innym miejscu. Pewnie, że nie da się do nich wszystkich przygotować, przebiec na maksa, to jasne. Być może powoli przeistaczam się ze zwinnego, agresywnego biegowego tygryska w powolnego, ociężałego biegowego jaka, turystę, objuczonego jakimiś bagażami i tobołkami… ;-) Eh, życie, życie...

Czyli jeżeli za rok przebiegłbym mój pierwszy półmaraton w rodzinnej Warszawie, to byłby mój pierwszy i ostatni warszawski półmaraton... Fajnie, może być, podoba mi się.

Wesołych Świat i mokrego śmigusa-dyngusa! Joł!

czwartek, 19 marca 2015

Pan kotek był chory

...ale nie leżał w łóżeczku.

Dzień pierwszy. Piątek. Zaczęło się wszystko w piątek, trzynastego lutego. I jak tu nie wierzyć w feralne daty, czarne koty i inne ? Poszedłem pobiegać, to były krótkie 6 km po peryferyjnych uliczkach dużego miasta, tempo 5:17/km, czyli takie moje ostatnie OWB1, ale jak wróciłem to dopadł mnie kaszel. W pracy kilka osób chorowało, ale byłem pewien swojej wyjątkowej odporności :), pomimo tego, że od dwóch lat przestałem szczepić się na grypę.

Dzień drugi. Sobota. Wstałem i poczułem, że będzie to fajny weekend ;-) Wszystko dookoła wirowało i szumiało, usiadłem przy stole w kuchni i przez cztery godziny piłem jedną herbatę ;-), z uwagą analizując fakturę obrusu położonego na kuchennym stole... Pomyślałem, że miło byłoby zrobić coś przy rowerze, chociażby po prostu go wyczyścić. Wyciągnąłem gnojka, ale sił mi starczyło, żeby napompować i wyczyścić przednie koło... Położyłem się wyjątkowo wcześnie, czyli o północy, przebudziłem się i poczułem, że trzęsę się jak osika, a pidżama jest cała mokra, jakby ktoś przed chwilą wyciągnął ja z wiadra z wodą. Eh, to chyba nie przeziębienie, pomyślałem.


Dzień trzeci. Niedziela. Eee, a może to zwykłe przeziębienie i nie jest tak źle ? Nie biegałem w Kampinosie już od miesiąca, fajnie byłoby się przebiec po lesie… Klin klinem ;-) Szukam jakiś leków i przeprowadzam małe przeszukanie. Hmm, wazelina kosmetyczna… strepsils… witamina c… syrop przeciwkaszlowy… opaska elastyczna… plastry… wapno. Witamina c i syrop mocno przeterminowane. Na placu boju pozostaje jedynie wapno. No to jedziemy z tym wapnem ;-) Jadę jednak do Kampinosu i biegnę krótki, siedmiokilometrowy krosik, tempo 6:08/km, czuję ogólną niemoc. W nocy znowu efekt osiki.

Dzień czwarty. Poniedziałek. W sumie nie powinienem iść do pracy, ale jest lepiej niż w sobotę. Kojarzę na której stacji metra wysiąść oraz gdzie znajduje się mój pokój w biurze. W autobusach i metrze połowa ludzi kaszle, kicha i pociąga nosem. Kolejka w aptece liczy jakieś dziesięć osób. W nocy nie ma już efektu osiki.

Dzień piąty. Wtorek. Odpuszczam wtorkowe bieganie, rozsądek zwycięża, wciąż jestem rozbity. Kolejka w aptece liczy jakieś dwadzieścia osób i ledwo mieści się w środku placówki. Za chwilę ludzie będą stali w kolejce na korytarzu przed apteką.

Dzień szósty. Środa. Zaglądam do wikipedii i sprawdzam o co kaman z tą grypą ;-). Dowiaduję się wielu ciekawych faktów i wskazówek. Kolejka w aptece wychodzi już na korytarz, eh, trzeba kupić jakiś syrop na kaszel, który zaczyna mnie męczyć. Miła pani za kontuarem proponuje mi jeden z najdroższych syropów, który mają w aptece. Dobra, kupuję, nie mam nastroju na porównywanie ofert syropów ;-).

Dzień siódmy. Czwartek. Wychodzę pobiegać, klin klinem ;-). No słabo to wygląda, choroba dała ostro w kość, przebiegam wieczorem siedem kilometrów w tempie 5:46/km po ulicach i chodnikach. Poza tym po zakończonym biegu dopada mnie atak mocnego kaszlu. Dobrze, że kupiłem wczoraj ten syrop. Czuję, że powoli, powoli wracam do żywych.

Dzień ósmy. Piątek. Dzwonię do mamy i spada na mnie cała litania rad, recept i mikstur. Mama mówi, żebym koniecznie kupił sobie czosnek, poza tym dobry jest miód z mlekiem. Do tego jeszcze radzi mi, że rozgrzewająco działa kieliszek wódki z pieprzem ;-). Próbuję tłumaczyć, że najostrzejsza faza grypy jest za mną, a teraz męczy mnie coś, co można by nazwać grypą Myszki Miki. O rety. Wódka, miód, czosnek, pieprz, mleko – to lepsze niż pakiet onkologiczny ministra Arłukowicza. Na szczęście choroba powoli mija, zostaje tylko męczący kaszel, który leczę syropem.

Dzień dziewiąty. Sobota. Jeszcze jestem rozbity i sponiewierany, ale próbuję dokończyć operację specjalną „Rowerek”. Pompuję tylne koło, czyszczę go całego, usuwam resztki połamanego licznika (eee, takie małe zderzenie ze słupem, o którym nie wspominałem ;-)), zdejmuję połamane etui na iPhone’a (eee, ten sam słup ;-)), no i wreszcie usuwam resztki jeszcze poprzedniego licznika ;-). O rety, ależ odchudziłem mojego potwora. Hmm, powinienem jeszcze nasmarować łańcuch, wyregulować przerzutki oraz przedni hamulec, ale to w kwietniu.

Dzień dziesiąty. Niedziela. Wchodzę na forum biegowe i od razu zauważam pytanie jednej z użytkowniczek „Trening po grypie” ;-). Sypią się różne rady, żeby zaczynać powoli, bez przeciążeń, żeby unikać siłowni etc. Hmm, w sumie nie ma nic o basenie. Klin klinem ;-) Postanawiam pójść na basen i aplikuję sobie mały siedmiusetmetrowy klinik żabkowo-kraulowy. Po basenie jest ok.

Dzień jedenasty. Poniedziałek. Precyzyjnie się wyrażając – wykrztuślny poniedziałek. Daruję czytelnikom opis konsystencji płynów i ich kolorów wydobywających się z moich płuc ;-).

Dzień dwunasty. Wtorek. Wykrztuślny wtorek. Ale biegnę moje wtorkowe pięć kilometrów po uliczkach i chodnikach na skraju miasta. Tempo 5:31/km, a zatem odzyskuję siły na dobre.

Dzień trzynasty. Środa. Wstaję i czuję, żem zdrów ;-)

Hmm, a może by tu jakieś wnioski na koniec... Jeśli się szczepi na grypę co roku, to nie ma sensu przerywać szczepienia. Można wyleczyć się z grypy wyłącznie przy pomocy wapna i syropu... Można w trakcie grypy biegać i chodzić na basen i nie mieć żadnych pogrypowych komplikacji... Nie próbujcie tego sami w domu...

Z krecikowym pozdrowieniem - ahoj!

piątek, 13 lutego 2015

Umarł król niech żyje król

Od czasu do czasu portale biegowe rozpalają się do czerwoności przy okazji dyskusji o tym, kto ile przebiegł w swoich butach biegowych. Użytkownicy przerzucają się kolejnymi liczbami: ten przebiegł 2.8 tys. kilometrów w jednych butach, inny 4 tys. kilometrów, ten w końcu „zaledwie” 1.7 tys. kilometrów (ale autor postu zapewnia, że wyglądają jak nowe i siateczka zupełnie nie zniszczona). Wszyscy czekają w napięciu kto da więcej... O! Tutaj prawdziwa bomba – ktoś napisał posta z informacją, że przebiegł w swoich butach New Balance 13 tys. kilometrów! Żart, prowokacja czy może post 45-kilogramowego gimnazjalisty o wyjątkowo lekkim kroku ?

Często powtarzaną opinią, która nieomal przybiera rozmiary swoistego dogmatu jest stwierdzenie „badania pokazują, że buty należy wymieniać po przebiegnięciu 1-1.5 tys. kilometrów”. Z kolei korporacje produkujące sprzęt sportowy uwielbiają swoją tezę, która w jęz. angielskim brzmi „300-500 miles rule” (reguła 300-500 mil).

A zatem zwróciłem się o pomoc do wujka Google i zapytałem się go o to, co inni sądzą o na temat kilometrażu, który można przebiec w jednej parze butów biegowych. Trafiłem na ciekawy artykuł sprzed dwóch lat autorstwa Giny Kolaty.

Trzy ciekawe fakty, fragmenty tekstu przykuły moją uwagę w tym artykule. Pierwszy z nich to cyt.
Now he assiduously replaces his shoes after running about 200 miles in them. He goes two pairs a month.
To o Ryanie Hall’u, który zmienia buty biegowe jak paczki chusteczek do nosa. Ale jednocześnie podana jest informacja, że Ryan, związany jest z Asics i de facto za buty nie musi płacić. Z naszego podwórka: Jerzy Skarżyński w swojej książce „Biegiem przez życie” pisze, że amortyzowane markowe buty biegowe powinno się wymieniać po 1-1.5 tys. km. Trzeba Panu Jerzemu przyznać punkt za pewną uczciwość, bo przecież głównym sponsorem mojego wydania jego książki jest Mizuno ;-). Czyli Pan Jerzy +1 uczciwość ;-).

Drugi interesujący fragment artykułu to cyt.
Mr. Harper, a distance runner, said most runners could feel when their shoes need to be replaced. “You get a sense for it,” he said. “Nothing hurts, but it is going to soon."
Oznacza to mniej więcej, że biegacz sam wie kiedy buty zmienić, nic nie boli, nic się nie dzieje, ale wiemy, że ten moment nadchodzi. Tak, pełna zgoda. Swoje pierwsze buty biegowe wyrzuciłem z przebiegiem 1024 km, to były decathlonowe Kalenji Kapteren 200, były po dwóch sezonach i czułem, że już za chwilę, już za moment zrobią mi pierwszy odcisk na stopie. A w najbliższym czasie wyrzucę moją drugą parę butów (ale historycznie pierwszą!), moje pierwsze buty, kupione wiosną 2011 roku. Ah. To jak pogrzeb jakiś… ;-) Może jakieś szklane domowe mauzoleum ;-) ? Stąd też pomysł na wpis na blogu.

Trzeci ciekawy fragment przytoczonego tekstu to ten na samym końcu cyt.
So when should you retire those faithful running shoes, and what happens if you don’t? Despite the doomsday warnings, no one really knows.
Jednym słowem, nikt do końca nie wie kiedy wyrzucić buty biegowe i te 13 tys. kilometrów w jednej parze jest prawdopodobnie możliwe...

A wracając do mnie. Kupiłem te moje pierwsze buty biegowe (te które właśnie zamierzam wyrzucić) bodajże za 250 zł w maju 2011 roku. Jest to model Kiprun 1000 marki Kalenji.


Biegałem wtedy wyłącznie po lesie, a kupiłem buty z amortyzacją, bez agresywnego bieżnika, lekkie, z delikatną, przewiewną siateczką, w sumie chyba takie startówki... Nie miałem pojęcia, że są buty trailowe, buty startowe, buty minimalistyczne, buty do biegania po lodzie etc. etc. etc. Szukałem po prostu butów biegowych i było to najlepiej wydane dwieście pięćdziesiąt złotych wiosną 2011 roku. Biegały ze mną w Gdańsku, w Warszawie, w Kampinosie, w podkrakowskiej Skawinie, we Wrocławiu, w Bazylei, w Legionowie, w Makowie Mazowieckim… Uuuu, kawał historii. Wszystkie dotychczasowe starty, mnóstwo treningów, po asfalcie i na stadionie, nakręciłem w nich dotychczas 940 km. Jako następcę wybrałem Nike Air Pegasus+ 30, głównie do treningów na twardym, asfaltowym podłożu i startów w zawodach. Nowe butki kosztowały 235 zł z przesyłką kurierską. Uff, trafiłem z rozmiarówką Nike w ciemno, znaczy się online. Cóż mogę o nich napisać – niewiele, jeszcze w nich nie biegałem. A o wysłużonych Kalenji ? Były ok, choć pianka Eva ubiła się dość szybko, po 400-500 kilometrach. Dość wąskie, zdecydowanie nie dla biegacza z szeroką stopą. Ten model nie jest już w sprzedaży, chyba najbliższy mu model z Decathlonu, który obecnie jest sprzedaży to… No właśnie, jaki ;-) ?

Umarł król, niech żyje król... No, stary jeszcze nie umarł, jeszcze trochę porządzi, ale tylko trochę, te najki takie czyściutkie, szkoda mi ich uświnić w zimowych kałużach. W sumie królowi przystoi kolor złoty lub purpurowy, a tu niebiesko i niebiesko. Może to królik ?
O nowych butach napiszę jak przebiegnę w nich ze 400 km, czyli pewnie za dwa lata ;-)
ahoj!