sobota, 22 października 2016

Przez Beskid Niski i Bieszczady

Zdjęcia z wyjazdu: link

O biegu w Kozienicach nie chcę nic pisać, biegłem go z fatalnym samopoczuciem, ale pomimo tego udało się pobiec życiówkę i złamać 43 minuty na 10 km, co widać na pasku z prawej strony ;-).
Kolejny tydzień przyniósł zmiany, zmiany, które przyniosły ulgę, poczucie tymczasowej wolności i całkowity brak żalu z powodu pożegnania się z firmą po prawie ośmiu latach. To i tak trwało zbyt długo. Pomyślałem, że to bardzo dobra okazja, żeby wyjechać w góry, nie byłem w górach dziewięć lat, pamiętam, że byłem w 2007 w Beskidzie Sądeckim.

Wybór padł na Beskid Niski i Bieszczady, oba te pasma górskie przeszedłem kiedyś całe, ale to było kiedyś, a ja nie byłem też wszędzie, ani wszystkiego nie widziałem. Musiałem przerwać plan treningowy, ale odpuściłem treningi zupełnie bez żalu, hotel w Bydgoszczy zgodził się odwołać rezerwację, pakiet na półmaraton się po prostu zmarnuje. Nie wystartuję również w Biegu Niepodległości, nie mam na to zupełnie ochoty.

Dzień 1. Nowy Żmigród-Grzywacka Góra-Kąty-Grzywacka Góra-Łysa Góra-Polana-Dania-Chyrowa

Przygotowania do wyjazdu zajmują mi dwa dni, postanawiam przejść z Nowego Żmigrodu do Ustrzyk Górnych, czyli prawie pod ukraińską granicę. Do Nowego Żmigrodu docieram na raty, przez Rzeszów oraz Jasło, nocuję w hotelu. Idę rano w kierunku Kamienia, ale mylę szlak, wracam po własnych śladach i idę w kierunku Chyrowej. Przemierzam ładny trawers Grzywacka Góra-Łysa Góra-Polana, znowu gubię czerwony szlak, ale magicznym sposobem go odnajduję. Jest wilgotno, ale nie pada. Już na ok. czterystu metrach unosi się dużo mgieł, ale po południu mgły znikają. Docieram do Chyrowej, do schroniska przed siedemnastą. Jeszcze mam w miarę czyste ubranie.

Dzień 2. Chyrowa-Nowa Wieś-Zawadka Rymanowska-Piotruś (okolice)-Jaśliska

Drugi dzień to wstęp do horroru. Wszystko idzie dobrze aż do Zawadki Rymanowskiej. Potem próbuję przejść przez szczyt Piotruś żółtym szlakiem i dostać się na drogę do Jaślisk. Gubię żółty szlak i zaczynam błądzić poza szlakami, często na przełaj. Jest po siedemnastej, ale mam naładowany telefon z Google Maps i czołówkę, bez nich nie wyszedłbym z tego lasu. Zachowałem zapis mojego błądzenia, jest tutaj. W sumie jak to na spokojnie obejrzałem, to nie było tak tragicznie, ale z perspektywy lasu, ciemności i olbrzymiego błota na drogach wyglądało to zupełnie inaczej. W końcu wychodzę na szosę do Jaślisk po dziesiątej wieczorem, łapię stopa, jakieś małżeństwo jadące do Cisnej mnie podwozi, jestem w schronisku, uff...

Dzień 3. Odpoczynek (Jaśliska)
Następnego dnia odpoczywam, suszę rzeczy, piorę, to co można uprać i to co ma szansę wyschnąć do jutro. Spodnie są w błocie od pasa aż po kostki.

Dzień 4. Jaśliska-Lipowiec-Jasienik-Jasiel-Kanasiówka-Komańcza(rano)

Czwartego dnia zapowiada się piękny, słoneczny dzień, który zupełnie nie pasuje do horroru, który go zakończy. Wreszcie wychodzi słońce i jest ciepło. Niestety przeszacowuję swoje możliwości i planuję zbyt ambitną, zbyt długą trasę. Do tego dochodzą zdjęcia, które mnie spowalniają. Planuję trasę z Jaślisk do Dołżycy, która jest już w Bieszczadach. Wychodzę po siódmej, ale nie udaje mi się dotrzeć do Dołżycy przed zmrokiem. Zapalam czołówkę, do schroniska zostało osiem, może siedem kilometrów przez las. Około półtorej godziny marszu. Jest trochę strachu, ale jestem dobrej myśli. Szukam skrętu w zielony szlak w kierunku Dołżycy ze szlaku granicznego na granicy polsko-słowackiej. Znajduję ten skręt i powoli, powoli szukam zielonych strzałek na drzewach. Wszystko idzie dobrze, ale w pewnym momencie (tak mi się wydaje) schodzę ze szlaku w jedną w bocznych dróg do wyrębu drzewa i wpadam w pułapkę, orientuję się po około kilometrze, że zgubiłem drogę. Dochodzę do jakiegoś potoku, rzeczki i oswajam się z myślą, że spędzę w tym lesie całą noc. Mam za sobą jedenaście godzin marszu i nie mam siły, żeby szukać wyjścia. Nabieram wody w potoku, jem trochę czekolady, mam sporo jedzenia w plecaku. Próbuję sobie przypomnieć, o której mniej więcej wstało słońce poprzedniego dnia, na szczęście nie pada. Robi się zimno, cieplej się ubieram, wyciągam śpiwór z plecaka (jak dobrze że go wziąłem!), szkoda, że nie mam zapałek, rozpaliłbym ognisko. Owijam się w śpiwór, słyszę podchodzące zwierzęta, serce wali jak oszalałe, mam nadzieję, że w tym rejonie nie ma niedźwiedzi. Kroki zwierząt są przeważnie lekkie, ale czasami słyszę ciężki tupot i trzask łamanych gałęzi i wtedy naprawdę się boję, że to może być niedźwiedź. Odliczam godziny do rana, rano zasypiam, w śpiworze jest ciepło, nad ranem lekko pada. Budzę się po siódmej, zaczyna się rozjaśniać. Idę w kierunku strumienia, a za nim słyszę przejeżdżający samochód. Jestem w szoku - spałem może czterysta metrów od szosy prowadzącej do Komańczy.

Dzień 5. Odpoczynek (Komańcza)
Zostaję cały dzień w schronisku w Komańczy, potrzebuję się zregenerować po tej nocy. Schronisko jest bardzo fajne, dość drogie, ale jest rozpalony kominek i podają świetne placki po beskidzku, cokolwiek by to miało oznaczać ;-).

Dzień 6. Komańcza-Prełuki-Duszatyn-Dział-Duszatyn-Komańcza
Planuję przejść do Jabłonek, ale placek po beskidzku kusi strasznie, pękam i odpuszczam sobie Ustrzyki Górne. Za Duszatynem świadomie schodzę ze szlaku i robię "okrętkę" dookoła grzbietu Dział (830 m), wracam do Duszatyna, a potem do schroniska. Jest niedziela, a jestem jedynym gościem w tym schronisku, właściciel schroniska, Roman, młody chłopak, który pracuje na uczelni zaprasza mnie na bimber ;-). Pijemy jeszcze z Irkiem, który pracuje w lesie, ale ma mnóstwo ciekawych historii do opowiedzenia i matką Romana, która pomaga w prowadzeniu schroniska. Mama tonem eksperta twierdzi, że bimber ma ok. 65%, ale "nieźle wchodzi". W sumie nieźle wchodzi. Mama wymięka szybko, potem zostajemy we trzech. Zaczynamy rozmawiać o polityce, co w połączeniu w wódką robi się słabe, ale zachowujemy kulturę. Wszystko jest dobrze do momentu kiedy Roman proponuje, żebyśmy bimber zapijali regionalnym piwem "Strach". Ja już nie mam smaku, szkoda, bo piwo musiało być bardzo dobre... Piwo robi swoje, odlatuję. Wiem, że jedynym wysiłkiem, na który mnie dziś stać, jest dostanie się do mojego pokoju. Jeszcze trzeba pokonać tylko te cholerne schody...

Rzeszów, Chyrowa, Jaśliska, Komańcza
październik 2016r.



PS. Naprawdę polecam śpiwory Fjord Nansen... ;-)

wtorek, 20 września 2016

Życiówka w Kleszczowie



Pojechałem do Kleszczowa tym razem bez żadnych perypetii, mogę nawet napisać, że wyjazd był do bólu nudny, oczywiście podczas biegu nie można było mówić o nudzie.

Dojechałem do hotelu Santin około 19.30, już w samochodzie booking.com prosiło mnie o ocenę zameldowania. W hotelu nie miałem kompletnie nic do roboty, oglądałem jakiś serial o policjantach, potem trochę czytałem, położyłem się spać około północy.

Wstałem około siódmej, śniadanie chciałem zjeść około dziewiątej, trzy godziny przed biegiem.
Hmm... jakby tu napisać, pierwszy raz od może dwudziestu pięciu lat zdarzyło mi się obejrzeć niedzielny
teleranek dla dzieci, potem program o golfie, a następnie program o Michaelu Phelpsie. Śniadanie wcale nie takie lekkie, ponieważ nie jadłem kolacji. Najpierw jajecznica, a potem kilka kanapek, wcale nie z dżemem ;-), ale jakąś kiełbachą.

Wyjazd do Kleszczowa około 9:40, na miejscu byłem około 10:00. Pogoda zapowiadała się fantastycznie, termometr w samochodzie pokazywał 13 stopni, duże zachmurzenie, brak opadów, jedynie spory wiatr był na minus. Odebrałem pakiet i zacząłem przebierać się przy samochodzie w sportowe ciuchy. Na buty chip, na klatę pasek tętna.

Rozgrzewka powoli i metodycznie, truchty, ćwiczenia, a dwie przebieżki po 3:40/km dały mi pewności siebie. Czułem się naprawdę ok. Podczas ćwiczeń wypadł mi z kieszeni bluzy Iphone i tutaj nastąpił mały fackup - pękła szybka telefonu. W sumie wziąłem to za dobrą monetę, za dobry znak przed biegiem ;-)

Start o godzinie 12:00, temperatura sięgała 14-15 stopni, ale było wciąż bardzo dobrze. Zawsze jak piszę relację z biegu, to mam wrażenie, że umyka mi strasznie dużo szczegółów walki, prawie nie pamiętam tego, co działo się na trasie.


Czas netto: 20:18 (PB)
Open: 72/309
Kategoria M3: 8/42
Średnie tętno: 182 ud./min.

Zaczynam po 3:54/km, grupka w której biegnę jest mocna, Kleszczów to w ogóle mocny bieg, biegniemy pod wiatr, po około 500 metrach zapala mi się w głowie lampka "taktyka" i zaczynam chować się za plecami innych. Pod koniec kilometra ja wychodzę na prowadzenie i ciągnę grupkę.

Drugi kilometr po 3:58, wiatr wieje z boku, staram się trzymać pleców jakiegoś zawodnika, za mną ktoś inny, biegniemy grupce 4-6 osobowej.

Trzeci kilometr po 4:07, klasyczne zwolnienie na piątce, pamiętam, że od około 10 minuty biegu zaczęła się walka, w głowie odliczałem ile minut biegu zostało do końca. Na szczęście pogoda sprzyjała. Wiatr zaczyna nam wiać w plecy.

Czwarty kilometr po 4:08, trwa okres obniżki tempa, ale tak właśnie biegam piątkę i mam to przećwiczone. To jest chyba najgorszy kilometr. Liczę minuty do końca, jeszcze osiem minut, jeszcze siedem, jeszcze sześć, jeszcze pięć... Dobrze, że biegnę po życiówkę, bo bym chyba przeszedł do marszu. Cały czas liczę te cholerne minuty, serce wariuje, tętno pod 190.

Piąty kilometr 4:02, przyspieszam. To już ostatni kilometr, już biegnie się lepiej, widać stadion. Na stadionie trzymam się pleców jakiegoś blondynka, dwóch kolesi z boku po zewnętrznej mnie wyprzedza, wyprzedza mnie też jakaś dziewczyna. Blondynek też zdążył odjechać w siną dal. Kompletnie nie mam sił na walkę. Tętno dochodzi do 192 uderzeń.

Oddaję chipa i padam na trawę, nie mam ochoty na posiłek regeneracyjny, nie robię grawerki medalu, chociaż wykupiłem taką opcję, nie mam ochoty na nic, piję tylko wodę. Zmieniam ubranie i wracam do Warszawy, mam trzy godziny jazdy przed sobą, zjem jakiegoś Wieśmaca w frytkami i kawę po drodze...

Za dwa tygodnie w Kozienicach spróbuję zaatakować 42:30...

ahoj!

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

VII Bieg Siedleckiego Jacka w Siedlcach


Na zakończenie trzynastego tygodnia planu treningowego pobiegłem Bieg Jacka w Siedlcach na dystansie 5 km. Pomimo tego, że do życiówki trochę zabrakło, ze startu jestem zadowolony.

Nie był to docelowy start, mam nadzieję, że pójdzie lepiej w następnych biegach, o ile pogoda będzie bardziej sprzyjać.

Zawaliłem nieco logistykę, wstałem za późno, spałem tylko cztery godziny, wyjechałem do Siedlec o 7:40, jechałem szybko, momentami za szybko ;-), po wariacku czasami, bez sensu. Licznik pokazał 110 km, w Siedlcach byłem dwadzieścia pięć minut po dziewiątej, bieg był zaplanowany na 10:00. Kolejka po pakiety gigantyczna, pakiet odebrałem dziesięć minut przed biegiem, wizyta w toalecie, przypięcie numeru, szybka rozgrzewka, coś, co zazwyczaj trwa godzinę tu zamknęło się w ośmiu minutach ;-)

Pogoda słaba na bieganie, także nie spodziewałem się rewelacyjnego czasu, jak wyjeżdżałem termometr pokazywał 22 stopnie, około dziewiątej 25 stopni, a przed biegiem 27, brak zachmurzenia, słońce. Tylko na plażę ;-), farciarze , którzy pojechali nad morze w ostatni tydzień sierpnia...

Miejsce open: 60/520
Czas netto: 21:17
Średnie tętno: 181 u/min
Czasy kilometrów: 4:06/4:08/4:20/4:22/4:12/[+10s]

Było na początku trochę przepychanek, zostałem zablokowany, ale już po około 300 metrach miałem trochę przestrzeni dookoła. Zacząłem w tempie 4:06/km i gdyby nie pogoda to mam wrażenie, że takie tempo spokojnie, spokojnie utrzymałbym przez cały bieg.
Na trzecim i czwartym kilometrze musiałem zwolnić, temperatura bardzo dawała znać o sobie. Wziąłem kubeczek z wodą od wolontariuszki, czego na piątce zazwyczaj nie robię, była też kurtyna wodna, ochoczo w nią wbiegłem, super sprawa. Niektórzy ją omijali, nie rozumiem dlaczego, jakby bali się wody ;-)

W zasadzie cały czas wyprzedzałem, na ostatnim kilometrze ścigałem się z biegaczką, która wyprzedziła mnie wcześniej. Zacisnąłem zęby i postanowiłem ją wyprzedzić, powoli, powoli ją dochodziłem. Przed metą ostry finisz, próbowała jednak mnie wyprzedzić, znajomi przy samej mecie zaczęli ją dopingować, ale się nie dałem. Sprawdziłem w wynikach, była szóstą kobietą, nieźle.

Spocony, zmęczony, zziajany zaległem na trawce szukając cienia, o rety, ale upał, dobrze mieć to za sobą.

Powrót do domu był niełatwy, ulice w Siedlcach były pozamykane, bo po piątce startował półmaraton. W końcu trochę opłotkami, trochę off-roadem, trochę pytając o drogę strażaków udało mi się wyjechać na trasę prowadzącą do Warszawy. Strasznie mi było szkoda półmaratończyków, biec 21 kilometrów w tym skwarze, w samo południe, podziwiałem i naprawdę współczułem...

niedziela, 12 czerwca 2016

Letnia ofensywa na 42/10


Pod koniec maja zacząłem dwudziestoczterotygodniowy plan na pokonanie bariery 42 minut w listopadzie, a może nawet wcześniej, to się okaże. Porażkę planu także biorę pod uwagę ;-). Właśnie kończę drugi tydzień planu.

Zastanawiałem się nad planem, myślałem co zmienić w tym roku, czy poszukać jakiegoś gotowca w sieci, czy spróbować ułożyć cos samemu. W końcu zdecydowałem się na plan ze strony treningbiegacza ułożony przez Pawła Grzonkę, trenera kadry Narodowej bloku wytrzymałości Polskiego Związku Lekkiej Atletyki. Plan jest dostępny pod linkiem. Są to tylko trzy treningi biegowe w tygodniu, ale dodałem do niego dodatkową jazdę na rowerze w niedzielę jako dodatkowy, czwarty bodziec w tygodniu. Doświadczenia z jesieni 2014 roku (pobiegłem 44:57 na dystansie 10K) oraz z wiosny tego roku (43:50) pokazują, że czyste trzy biegi w tygodniu mogą stanowić dla mnie niedostateczny bodziec (niestety!), żeby zejść niżej z tym czasem. Piszę niestety, ponieważ w tym momencie absolutnie nie mam ochoty biegać częściej niż 3 razy w tygodniu. W 2014 roku jeździłem dodatkowo na rowerze (raz w tygodniu), natomiast wiosną tego roku dodatkowo pływałem na basenie, również raz w tygodniu. Dodając czwartą aktywność zmodyfikowałem ten plan, ale mam przeczucie, że to krok w dobrym kierunku.

Plan ze strony treningbiegacza.pl przeniosłem do arkusza Google i można go zobaczyć tutaj. Oprócz biegania, roweru są w nim widoczne także ćwiczenia core stability, początkowo raz w tygodniu, a później dwa razy w tygodniu. W zakładce „STATS” można zobaczyć, że mam do przebiegnięcia 678 km (czyli średnio ok. 28 km tygodniowo), dodatkowo 410 minut ćwiczeń core stability. Nie będę wykonywał gimnastyki siłowej, jedynie podbiegi zamieszczone w planie. No i oczywiście rower. Maksymalne kilometraże w planie to 35 km tygodniowo (tygodnie 20,21 oraz 23 planu). Tak dużo jeszcze nigdy nie biegałem.

Zmodyfikowałem nieco swój kalendarz startów, okazało się, że Bieg Powstania Warszawskiego będzie rozgrywany na jedynie na dystansie 10 km, a biegu na piątkę nie będzie. Nie wystartuję w tym biegu, ale zamiast niego zapisałem się na Bieg Siedleckiego Jacka w Siedlcach. Siedlce są ok. 100 km od Warszawy, także powinienem dotrzeć o czasie na bieg. Start 28 sierpnia, czyli za dwa i pół miesiąca, potem Kleszczów, Kozienice, Bydgoszcz i Warszawa.

A poza tym udało mi się zapisać na wszystkie pozostałe biegi, opłacić je, oprócz Biegu Niepodległości w listopadzie, zapisy na ten bieg ruszą dopiero za jakiś czas.

ahoj!

środa, 11 maja 2016

Podwarszawski Szlak Pamięci

Piesza wycieczka z aparatem fotograficznym po Kampinoskim Parku Narodowym staje się powoli moją małą, miłą wiosenną tradycją. W ubiegłym roku przeszedłem cały szlak żółty im. Stefana Żeromskiego, w tym roku postanowiłem przejść kolejny szlak – szlak czarny (tzw. Podwarszawski Szlak Pamięci) z Lasek do Wólki Węglowej.

Długi weekend majowy stał się doskonałą okazją do zrealizowania takiej jednodniowej wycieczki po lesie. Postanowiłem także, inaczej niż rok temu, nie jechać samochodem, ale pojechać komunikacją, gdyż rzadko kiedy szlak pieszy czy plan wycieczki w Kampinosie stanowi zamkniętą pętlę i po dotarciu do celu trzeba niestety wracać po własnych śladach do samochodu. Dotarłem na stację metra Młociny, a stamtąd autobusem 708 pojechałem w kierunku Lasek. W autobusie było niewiele osób, ale widać było wśród współpasażerów niedzielnych wycieczkowiczów, takich jak ja, trzymających mapy w ręku i dyskutujących ile kilometrów jest z jakiegoś punktu do innego. Wysiadłem na przystanku w Laskach za kościołem, spojrzałem na mapę, uruchomiłem Google Maps i zacząłem się zastanawiać, gdzie jestem i jak dotrzeć do początku czarnego szlaku. Kilkadziesiąt metrów dalej napotkałem pierwszą tabliczkę z czarną kreską. Oznaczenie wskazywało, że do Wólki Węglowej mam 11,7 km.

Początkowo szlak prowadzi ścieżkami w okolicy Lasek, po prawej stronie mija się mogiłę powstańców z 1863 roku, takich pomników na trasie tego szlaku można spotkać kilka, stad jego oficjalna nazwa – Podwarszawski Szlak Pamięci. Po dwóch kilometrach dochodzi się do dyrekcji Kampinoskiego Parku Narodowego w Izabelinie, ale wcześniej mija się uroczą brzozową polanę.


Po czterech kilometrach dochodzi się do Sierakowa i o ile dotychczasowa część szlaku jest mi kompletnie nieznana, o tyle ścieżki w okolicach Sierakowa znam doskonale z perspektywy biegacza. Mijam Sieraków i wchodzę ponownie do lasu, dochodzę do uroczyska Nadłuże, dominują sosny rosnące na wydmowych piaskach, piaszczyste ścieżki są wybitnie niekorzystne dla rowerzystów, po około sześciu kilometrach docieram do kolejnego miejsca pamięci – kamienia Ułanów Jazłowieckich oraz grobu ułana, na skrzyżowaniu szlaków czarnego oraz żółtego. Znam to miejsce doskonale, często tu biegam.


Po drodze zaczepia mnie rowerzysta, który zaintrygowany moim aparatem i statywem dopytuje się, czy udało mi się spotkać łosia. Mówię, że nie, że robię zdjęcia przyrodzie. On z żalem zwierza się, że jeszcze nigdy nie udało mu się spotkać tego pięknego zwierzęcia, chociaż w Kampinosie bywa często, żali się, że znalazł jedynie zrzucone poroże ;-) Wymieniamy parę uwag na temat łosi, po chwili naciska na pedały i odjeżdża. Wkrótce docieram Dąbrowy Leśnej, gdzie znajduje się granica Parku.


Schodzę z czarnego szlaku, idę swoimi ścieżkami, po chwili docieram do bram Cmentarza Północnego w Wólce Węglowej, stąd kursują już autobusy w stronę Warszawy, czekam co prawda pół godziny na autobus 110, ale jestem zadowolony, że nie muszę wracać z powrotem przez las do samochodu. Wyszła fajna, kilkugodzinna wycieczka po lesie, w sam raz na długi majowy weekend.


Więcej zdjęć jest dostępnych pod linkiem linkiem.
ahoj!

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

I Dziesiątka Babicka

I przyszła wiosna, i przyszły pierwsze zawody w tym roku. Bałem się tej dyszki, bo tempa poniżej 4:30/km nie wydają mi się jeszcze przyjazne, a sama dyszka to bieg mało komfortowy. Pobiegałem dwie serie interwałów w tempach okołostartowych, z niepokojem obserwowałem prognozę pogody przed Dziesiątką Babicką. Najpierw prognoza mówiła o 19 stopniach i słońcu, a potem ku mojej uciesze zmieniła się na 9 stopni, pełne zachmurzenie i deszcz. Wtedy podjąłem decyzję, że spróbuję rozprawić się z czterdziestoma trzema minutami. Czyli z czasem, do którego przymierzałem się już dwa lata temu, wiosną 2014 roku.

Pilnowałem także diety, żeby zejść z wagą przynajmniej 2-3 kilogramy do około 80 kg, co i tak przy moim wzroście jest za dużo jak na biegacza długodystansowego, ale jak tak mam, że ważę 80 kg, a wyglądam na mniej, zawsze tak było tzn. jak ważyłem 73-75 na studiach to wyglądałem na 65 kilogramów. Udało mi się zrzucić dwa kilogramy w porównaniu do mojej wagi z jesieni 2015 roku, w dniu startu waga pokazała 80.4 kg i wiedziałem, że jest dobrze.

A sam start udał się wyśmienicie, prawie wszystko zagrało w dniu startu. Wyspałem się i wstałem około 7:20, potem lekkie śniadanie, kanapka z dżemem, kanapka z serkiem i banan. Wsiadłem do samochodu i pojechałem do Starych Babic, licznik pokazał 11 km. Blisko, fajnie, wygodnie. Odebrałem pakiet, małe zawirowanie z agrafkami, przyczepiłem w końcu numer i zacząłem się rozgrzewać. Przy okazji mogłem zauważyć, że Stare Babice to całkiem ładna podwarszawska miejscowość, bardzo zadbana.


Czas netto: 43:50 (PB)
Miejsce open: 88/417
Pogoda: 9 stopni, pełne zachmurzenie, duży wiatr
Średnie tętno: 175 (89% HrMax)

Startujemy równo o 10-tej, nie ma przepychanek, bo bieg jest kameralny. Zaczynam w tempie 4:22/km i od razu czuję, że biegnie mi się tym tempem bardzo lekko, niemal komfortowo. Pierwsza część dystansu biegniemy pod wiatr, staram się powoli przesuwać do przodu, trzymając się pleców zawodników, dobiegam, ale okazuje się, że grupka biegnie po 4:27-4:25/km, jestem zmuszony wyprzedzać i szukać kolejnej grupy zawodników. Mimo tej całej akrobatyki z wyprzedzaniem i walki w wiatrem czuję duży komfort oddechowy i mięśniowy. Pierwsze trzy kilometry w 4:22, 4:24, 4:24. Wiem, że na 43/10 powinienem zacząć nieco szybciej, ale takie komfortowe tempo mnie trochę rozleniwia, nie mam dziś ochoty na jakąś potworną walkę.

Pod koniec czwartego kilometra dobiegamy do zakrętu w Lipkowie, miejscowości znanej z Ogniem i mieczem Sienkiewicza, tam rozgrywał się pojedynek Bohuna w Wołodyjowskim. W rzeczywistości z Lipkowa pochodziła żona pisarza. Zaczyna się długa prosta, tutaj wyprzedzam dwie osoby, jeden z zawodników próbuje trzymać się moich pleców, ale po pewnym czasie odpuszcza. Biegnę długo sam, ale na tym odcinku nie ma wiatru, majaczą mi na horyzoncie zawodnicy w czerwonych koszulkach i stają się nowym celem do dobiegnięcia. Dopiero na piątym kilometrze pojawia się głębszy oddech, średnie tętno wynosi 176 uderzeń na minutę, to już bezdyskusyjnie WB3. Czwarty, piąty, szósty kilometr odpowiednio w 4:24, 4:23, 4:23.


Na siódmym kilometrze gwałtowny skręt w lewo, fotograf stoi na zakręcie, robi zdjęcia każdemu przebiegającemu, mówi do mnie, że jeszcze tylko trochę, jeszcze trzymam fason. Dobiegam do wysokiego zawodnika i wiozę się na jego plecach, ciężko sapię, facet ogląda się co jakiś czas. Potem go mijam, wyprzedzam też pierwszą dziś biegaczkę, przyspieszam. Na ósmym kilometrze skręt w prawo, na zakręcie stoją harcerze i wolontariusze z wodą i dopingują. Tempa siódmego i ósmego kilometra to 4:25 oraz 4:15. Czerwone koszulki znikają mi na horyzoncie i nigdy już ich nie dogonię.

Na dziewiątym kilometrze dobiegam do dziwnego gościa, ja sapię jak lokomotywa, a gość ma oddech jakby robił rozbieganie, może rzeczywiście biegł poniżej możliwości. Wyprzedzam jeszcze jednego biegacza. W tym momencie wyprzedza mnie pierwszy dziś zawodnik, biegnie tak mniej więcej po 4:05-4:10/km, zaciskam zęby i próbuję utrzymać jego tempo, ale odpadam, jestem już zmęczony. Dziewiąty kilometr w 4:23, dziesiąty w 4:13. Wpadam na metę, zatrzymuję zegarek po minięciu balonu, ale okazuje się, że meta jest jakieś 40-50 metrów dalej, obok zegara mierzącego czas, ludzie krzyczą „Dalej, meta jest dalej”, orientuję się po chwili, podbiegam. Tracę przez to pewnie z pięć sekund. Ale to już nie ma znaczenia, jest życiówka 43:49.39 w wynikach datasportu.

Niby mam wrażenie, że pobiegłem poniżej możliwości, że można było lepiej, ale jak wracam do domu, to czuję się jak poobijany kot ;-), cały dzień patrzę się na szklankę z herbatą stojąca na stole w kuchni albo przysypiam zwinięty w kłębek na kanapie, dopiero wieczorem ogarniam się trochę i jadę na zakupy. Fajnie jest biegać życiówki, ale całą sobotę spisuję na straty ;-), dobrze, że następne zawody mam pod koniec lipca. No i piątka tak nie męczy.

ahoj!

środa, 2 marca 2016

Plany startowe 2016


Moje plany startowe wykrystalizowały się i chyba już w nich nic nie zmienię. Myślałem, główkowałem i zastanawiałem się dość długo, co i gdzie pobiec w tym roku. To zawsze jest pewnego rodzaju łamigłówka, bo przecież trzeba zgrać dystanse, lokalizacje i terminy biegów. W sumie czasami sobie myślę, że najłatwiej z logistyką mają ci, którzy biegną maraton, tutaj przynajmniej nie trzeba nic wymyślać. Tylko zapisać się na maraton. No i potem się do niego przygotować i pobiec, co bywa niełatwe.

Co decyduje o wyborze biegu przeze mnie ? Przede wszystkim lokalizacja, bliskość od mojego miejsca zamieszkania. To jest pierwszy czynnik, którym kieruję się przy wyborze. Drugim czynnikiem jest atest trasy, zawsze chętniej wybiorę trasę z atestem PZLA niż bez niego, przynajmniej dopóki ścigam się sam ze sobą. Mam gwarancję, że bieg ma rzeczywiście 10 km, a nie 9.85 km, mogę porównywać wyniki z różnych biegów, chociaż z tymi atestami różnie bywa i zdarzają się pomyłki.

Trzecim czynnikiem jest termin biegu, staram się unikać startów w czerwcu i lipcu, z wiadomych względów. Nie startuję też w grudniu, styczniu czy lutym, jest zimno, ślisko i nie wyobrażam sobie startu w długim ubraniu. Czwartą cechą, którą biorę pod uwagę jest dobra trasa, najlepiej jak najbardziej płaska, z jak najmniejszą liczbą zakrętów. Dla takiej trasy to można nawet pominąć bliskość od miejsca zamieszkania i przejechać pół Polski.

Piątym, ostatnim czynnikiem jest to, czy brałem już udział w tym biegu w przeszłości, a jeśli tak, to ile razy. Unikam monotonii, biegania np. w Biegu Konstytucji cztery lata pod rząd, co roku staram się znaleźć jakieś nowe miejsce i nowy bieg, w którym dotychczas nie brałem udziału. Kompletnie nie rozumiem osób, które startują w tej samej imprezie rok po roku, czasami przez dziesięć, a nawet więcej lat.

I tak sezon zacznę od Babickiej Dziesiątki na początku kwietnia. Stare Babice są kilka rzutów beretem ode mnie, nie biegam tam, ale często jeżdżę rowerem. Spróbuję zaatakować swoją życiówkę, może uda się złamać 43 minuty. Po tym starcie będę stopniowo zmniejszał kilometraż aż do końca maja, kiedy wystartuję z 24-tygodniowym planem pod dyszkę na jesień (na złamanie bariery 42 minut). W końcu lipca zamierzam wystartować w Biegu Powstania Warszawskiego (5 km), to jest bieg rozgrywany późnym wieczorem, trasa jest całkiem dobra, z jednym podbiegiem, tuż przed samą metą.

Kolejny start to Kleszczów na Piątkę (we wrześniu, 5 km) z dobrą, szybką trasą, idealną do bicia życiówek, moja aktualna życiówka jest właśnie z tego biegu, podobnie jak rok temu warto pomyśleć o hotelu w Bełchatowie lub okolicach. Na początku października zamierzam wystartować w Energetycznej Dysze w Kozienicach, to miasto położone blisko Warszawy, odpada logistyka hotelowa.

I w końcu mój debiut w półmaratonie. Pierwszy półmaraton zdecydowałem się pobiec w Bydgoszczy, choć bardzo kusił Gdańsk. Tutaj także bez hotelu się nie obędzie. Ostatni start, i ukoronowanie 24-tygodniowego planu to oczywiście Warszawa, Bieg Niepodległości i łamanie 42 minut na dyszkę. Takie są plany startowe na ten rok. A wakacje oczywiście na obozie górsk... stop, wróć, oczywiście nad polskim morzem, fajnie byłoby, gdyby udało się popływać... I pozostaje jedynie życzyć sobie, żeby udało się zapisać na te wszystkie biegi.

ahoj!