niedziela, 22 października 2017

Jesień inna niż wszystkie

Ta jesień jest rzeczywiście inna niż poprzednie, przynajmniej te, które nastąpiły po wiośnie 2011, czyli po odpaleniu moich biegowych odrzutek. Jest spokojna, nie ma w niej żadnych planów startowych i myśli kłębiących się wokół życiówek. Zawsze jesienią miałem najlepsze wyniki, tak to już jest, że jedni robią dobre wyniki wiosną, a drudzy jesienią. Rok w rok lubiłem rozpoczynać plany startowe późną wiosną, biegać w lecie, wtedy, kiedy jest jasno, światło zawsze motywowało mnie do wyjścia na trening.
Poza tym wiosną i latem mróz nie szczypie w d^%ę, wiatr nie naparza w uszy, nie trzeba się ubierać na trening jak astronauta przed misją na Marsa, a ręce nie są zgrabiałe od zimna, co również ma pewne znaczenie. Zimowe bieganie jest dla psychicznych.

W tym roku nie będzie Biegnij Warszawo ani Biegu Niepodległości przynajmniej jeżeli chodzi o uczestnictwo mojej skromnej osoby. Nie mam z czym zapisywać się na biegi - w całym roku przebiegłem dotychczas zaledwie 392 kilometry. Biec, żeby przebiec dyszkę w 50 czy 48 minut, bez sensu - dla mnie bez sensu. Zawsze biegałem po to, żeby być lepszym.

Są zalety takiego biegania-niebiegania. Miałem więcej czasu na wyjazdy, nie wisiał nade mną przymus realizacji planu treningowego, że muszę wyjść i pobiegać etc. Byłem w Gorcach, później w Beskidzie Śląskim, potem w Międzyzdrojach, a ostatnio - na początku października - odwiedziłem Bieszczady. Na początku roku zmieniłem także pracę i ta zmiana kosztowała mnie sporo wysiłku, nie ukrywam, że wdrożenie się w nowy projekt (bardzo trudny) kosztowało sporo energii, w zasadzie się jeszcze nie skończyło, wciąż pewne tematy w pracy wymagają rozpoznania.


W Bieszczady wyjechałem 1 października z zamiarem zdobycia Tarnicy i powrotu do Warszawy 10 października. Mieszkałem w Lutowiskach, bieszczadzkiej wsi w okolicach pasma Otrytu. W sumie chodziłem po górach przez 7 dni, zacząłem od krótkich wycieczek w paśmie Otrytu, żeby trzeciego dnia (środa) przejść przez Otryt do miejscowości Dwernik, a potem przejść Magurę Stuposiańska, poniżej schemat wycieczki:


Pomimo tego, że trasa nie była wyjątkowo długa (ok. 20 km, wyceniona na 29 punktów GOT), 887 m w górę, 917 m w dół, to wydaje mi się, że środa była najbardziej wyczerpująca z tych siedmiu dni w górach. Pod koniec trasy w okolicach Widełek przechodziłem przez błota, wysokie trawy, mokradła, dała mi ta Magura w kość.

Czwartego dnia poszedłem na przystanek PKS-u, żeby dostać się do Ustrzyk Górnych, autobus oczywiście się spóźnił, ale w końcu przyjechał. W Ustrzykach Górnych ruszyłem na Tarnicę (1346 m n.p.m.) - najwyższy szczyt w Bieszczadach. Wejście na Tarnicę nie zrobiło na mnie większego wrażenia, po dwóch i pół godzinach byłem na szczycie. Bardzo wiało, a mgła zasłaniała wszystkie krajobrazy, ale minąłem po drodze kilkadziesiąt osób. Pierwszy raz wszedłem na Tarnicę chyba w 2000 lub 2001 roku i wtedy tamto wejście dało mi bardziej w kość, tak przynajmniej pamiętam. Byłem bez formy, studiowałem i siedziałem nad książkami. Teraz mam lepszą kondycję.



Piątego dnia poszedłem znowu w kierunku Otrytu, po półtorej godziny dotarłem do Chaty Socjologa, niezwykle ciekawego i klimatycznego miejsca, z salą kominkową i kuchnią, chata jest cała drewniana, ale bez elektryczności i bieżącej wody. Prowadzona przez grupkę zapaleńców z klubu wysokogórskiego. Z Chaty Socjologa poszedłem w kierunku Polany, tam zatrzymałem się, zjadłem resztki chałwy i wypiłem resztki herbaty z termosu... i wróciłem po własnych śladach do Lutowisk. Męcząca trasa.

Szóstego dnia znowu rano na przystanek PKS i dostaję się do Ustrzyk Górnych. Tym razem idę na Wielką Rawkę, górę niższą (1304 m n.p.m.) niż Tarnica, ale zdecydowanie trudniejszą. Garmin Forerunner 910 XT pokazuje wysokość 1335 m. Na Wielką Rawkę podchodzi się cały czas, są to dwie godziny ostrego podejścia. Po dwóch godzinach staję na szczycie Wielkiej Rawki, jest ładna pogoda, wypogodziło się i można podziwiać widoczki. Na szczycie kilka osób, niektóre z małymi dziećmi. Schodzę, zejście jest nudne i długie, ale już tak nie męczy jak wejście.

I w końcu ostatni siódmy dzień, niedziela. Znowu wstaję rano i znowu na mój PKS, który znowu się spóźnia. Ale w końcu przyjeżdża. Początkowo planuję iść na Połoninę Caryńską, ale wstaje słońce i robi się piękny, słoneczny dzień. To mój ostatni dzień w Bieszczadach i postanawiam znowu przejść jakąś wymagającą trasę, wybieram Bukowe Berdo. Wysiadam wcześniej, w Widełkach i zaczynam iść w kierunku Bukowego Berda niebieskim szlakiem. Po drodze spotykam tylko dwóch turystów, którzy mnie wyprzedzają. Na Bukowym Berdzie są cudowne widoki, wysokie trawy i skałki. Jak zaczynam dochodzić do głównego szczytu pojawiają się ludzie idący w drugą stronę. Idę w kierunku przełęczy GOPRowskiej, a potem na przełęcz pod Tarnicą, wejście z tej strony jest znacznie trudniejsze, na samą Tarnicę nie wchodzę, byłem na niej w czwartek. Tym razem tak nie wieje, schodzę do Ustrzyk Górnych. Mapa turystyczna wycenia trasę na 6h 35min, 30 punktów GOT i tyle mniej więcej mi to zajęło, a punktów GOT nie zbieram :). Muszę jeszcze poczekać godzinę w Ustrzykach na ostatni PKS jadący do Lutowisk o 17:50.

Wróciłem w wysokie Bieszczady po 16 latach i trochę się tam zmieniło. Stały się bardziej komercyjne, przez to droższe, ludzi jest więcej. Jestem zdecydowanie w lepszej kondycji niż byłem 16 lat temu i górki te nie zrobiły na mnie większego wrażenia. Czy wrócę tam kiedyś ? Może. Może za 16 lat. Mają swój urok.

Ahoj!

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Garmin Fenix 3

Dostałem go w prezencie w listopadzie ubiegłego roku i do tej pory służył mi wyłącznie jako licznik kroków. Zabawne było dochodzenie do dziennego celu kroków i obserwowanie na tarczy rozbłyskających fajerwerków, kiedy taki limit się w końcu osiągnęło. Ale poza tym na treningi go nie zabierałem. Aż do wczoraj.
Planowałem 35 minut lekkiego leśnego kroku i postanowiłem tym razem zabrać Fenixa ze sobą, żeby mieć próbkę tego, co potrafi.

No, ale na początku musiałem połączyć go z paskiem HRM-Run, który otrzymałem razem z Fenixem i to było całkiem proste. Poza tym spojrzałem do instrukcji jak zaczyna się i kończy trening, i to również jest intuicyjne: przycisk Start/Stop. W zasadzie instrukcja jest niepotrzebna.


Pojechałem samochodem do Kampinosu, było już dość późno i wiedziałem, że będę biegł prawie po ciemku, bez czołówki, no słabo znaczy się zapowiadał ten mój fenixowy debiut. Trochę ćwiczeń rozgrzewkowych na początek, potem trucht i dobiegłem do miejsca, gdzie zwykle zaczynam treningi, parę minut przed dwudziestą, jest środek lasu, powoli zaczyna zapadać zmrok.
Naciskam przycisk "Start" i tutaj pierwszy zonk: muszę wybrać typ treningu, do wyboru mam "Bieg szlak.", "Bieg" oraz "Bieg pomi.", wybieram drugą możliwość i zaczynam biec. Pierwszy kilometr w 5:21, trochę szybko jak na Kampinos, ale wiem doskonale, że zegarek nie przekłamał dystansu, ponieważ biegłem tą ścieżką może już kilkaset i nie są mi potrzebne znaczniki kilometrów. Drugi kilometr jeszcze szybciej w 5:13.
Po dwudziestu minutach biegu robi się tak ciemno, że mam ochotę przerwać trening. Biegnę jednak dalej, już prawie całkowicie po ciemku. Uważam na korzenie, ale nie widzę podłoża i kilka razy śródstopiem z impetem ląduję na grubym konarze drzewa, aaaaaauuuu, kto wie jak to jest, ten zrozumie ;-)
Kończę po 35 minutach, tempo 5:15. Ale Fenix udostępnia całą masę innych statystyk:
Długość kroku 1.08 m, hm, azaliż dobrze to czy źle ?

Rytm biegu 178 spm, to chyba dobrze, gdzieś czytałem, że trzeba biec z kadencją 180, czyli prawie idealny rytm w trudnych, leśnych warunkach.

Odchylenie od długości 6.2%, również bardzo dobrze, znajduję się w wysokiej niebieskiej strefie Garmina, a czasami wpadam nawet do najwyższej - fioletowej.

Średni czas kontaktu z podłożem 282 ms, tutaj szału nie ma, ląduję w pomarańczowej strefie Garmina, do fioletowej (poniżej 218 ms) wciąż daleko. Może na asfalcie będzie lepiej ?

Na koniec drugi zonk - brak mapki. Hm, następnym razem wybiorę opcję "Bieg szlak.", może o to chodzi, domyślam się, że tryb "Bieg" nie zapisuje mapki biegu. Ale w sumie to dobrze, że Garmin umożliwia zbieranie statystyk z biegu, bez rejestracji samego śladu GPS.

Czy te wszystkie statystyki: długośc kroku, rytm biegu, odchylenie pionowe, odchylenie do długości, czas kontaktu z podłożem, bilans czasu kontaktu z podłożem są pomocne dla zwykłego biegacza-amatora ?
Dobrze mieć urządzenie, które zbiera takie informacje, ale na ich analizę i tak pewnie nie będę miał czasu.

Ahoj!

niedziela, 16 lipca 2017

Beskid Śląski


Link do zdjęć

Minął już ponad miesiąc od wyjazdu i wreszcie znalazłem chwilę czasu, żeby go opisać. W Beskid Śląski zaprosił mnie kolega, który organizował wyjazd ze znajomymi i ich dziećmi. Taki wyjazd piknikowo-rodzinnny, z domieszką lekkiego wyczynu w postaci przespacerowania się po górkach. Pakowałem się cały tydzień, żeby w piątek po pracy być w miarę gotowym na wyjazd. Pojechałem pociągiem wieczorem, reszta towarzystwa pojechała w piątek rano, spotkać mieliśmy się w sobotę. Pojechałem przez Pszczynę, gdzie dotarłem przed pierwszą w nocy, tutaj spotkała mnie niemiła niespodzianka w postaci zamkniętego dworca aż do 4:00 rano, cóż - poczekałem na ławeczce pod dworcem aż do otwarcia, potem pociąg do Bielska-Białej i autobus do Szczyrku. W Szczyrku bywalem wielokrotnie, ale wyłącznie zimą, pierwszy raz miałem okazję zobaczyć go latem. Senne miasteczko.

Dzień 1 (10.06). Szczyrk-PTTK Klimczok-Klimczok-PTTK Na Błatniej oraz Brenna-PTTK na Równicy.
Wychodzę ze Szczyrku ok. 7 rano i idę zielonym szlakiem na Klimczok. Jest ciepło i zapowiada się słoneczny dzień. Po dwóch godzinach docieram do PTTK Klimczok i po posiłku zaliczam lekki zgon - bardzo źle przespana noc powoduje, że mam ochotę przespać się kilka godzin ;-). Pół godziny walczę ze sobą, ale sennosć mija i idę w kierunku Błatniej. Pogoda się załamuje, zaczyna padać deszcz. Hubert pisze do mnie ze schronska, że z powodu pogody siedzą w schronisku z dziećmi i czekają. Docieram do Błatniej i dołączam do towarzystwa. Siedzimy do czwartej po południu, a potem ktoś wpada na pomysl, żeby do schroniska na Równicy wynająć jeepy, żeby nas zawiozły. Wynajmujemy jeepy, które zwożą nas na dół do Brennej, ale ponieważ pogoda się poprawia, wysiadamy w Brennej i idziemy do schroniska na Równicy piechotą.

Dzień 2 (11.06). PTTK na Równicy-Ustroń-Czantoria Wielka-schronisko Soszów.
Najpierw idziemy do parku linowego, gdzie próbujemy sił we wspinaczce i łażeniu na wysokościach, ja wybieram żółtą trasę i udaje mi się ją całą przejść. Potem idziemy do Ustronia i wjeżdżamy kolejką linową na Czantorię, na górze klimaty rodzinno-piknikowe. Pewnie niektórzy z tych ludzi myślą, że tak właśnie wyglądają góry i pobyt w nich. Idziemy w kierunku Czantorii Wielkiej (997 m), a potem do czeskiej chaty na knedle i piwo. Potem dłuższy kawałek drogi do schroniska na Soszowie. Dowiadujemy się na miejscu, że schronisko jest na sprzedaż, cóż - bagatela, nieco ponad milion dwieście tysięcy złotych. Kładę się wcześnie spać, ponieważ planuję wstać o 4:30, żeby zejść do Wisły i złapać autobus do Krakowa.

Dzień 3 (12.06).
Wstaję wcześnie rano i schodzę do Wisły, stąd o siódmej rano mam autobus do Krakowa, a dalej pociąg do Warszawy.

ahoj!

środa, 10 maja 2017

Wyjątkowo zimny maj



Tak, była kiedyś taka piosenka Maanamu z płyty Derwisz i Anioł z roku 1991. Byłem w pierwszej klasie liceum i nie przejmowałem się czymś takim jak pogoda. Naparzałem pewnie w Quake'a albo w Duke Nukem'a. Nie mam pojęcia, czy Korze chodziło o maj w roku 1991, czy może jednak o maj rok wcześniej. W każdym bądź razie stare wraca, czas jest kolisty i znowu mamy mega wyjątkowo zimny maj.

Póki co bieganie bez planu i bez żadnych planów startowych nie przejadło mi się :). Nie ma jak odrobina szaleństwa w życiu sportowca, dziś można pobiegać po lesie 30 minut, a za tydzień też 30 minut, a może jednak odważyć się na szalone 40 minut, albo może jednak popływać na basenie dwa razy, a tylko raz pójść biegać. Nie ma planów, napinki startowej i zostaje więcej czasu na inne, niesportowe zajęcia domowe :). Oczywiście gdzieś tam z tyłu głowy jest świadomość, że powrót do treningu może być ciężki, do tej regularności, że schodzenie na poziom sub43, czy sub42 i niżej na dyszkę to już nie takie pitu-pitu, ze tego z tuptania po lesie się nie zrobi. Hm, przynajmniej ja nie nie zrobię. Najwięcej w tym roku przebiegłem 8 km biegu ciągłego z niewielkim hakiem. Czyli słabo.

Wracając do maja, to jest naprawdę zimny i nawet mojej skromnej osobie, która zimno lubi, a gorąca szczerze nie znosi, taka pogoda się przejadła. Mamy rocznicę zwycięstwa nad faszyzmem (według czasu moskiewskiego), siedzimy sobie w pracy, aż tu nagle zaczyna padać snieg za oknem. WTF ?

Wracają do kilometrażu, muszę przyznać, że z takim słabym kilometrażem nie mam po co zapisywać się na jakikolwiek bieg, chyba że dla ciekawej trasy. A znając życie to w tym roku pewnie nigdzie nie wystartuję. Chlip, chlip ;-)

Pamiętam jak zaczynałem biegać w 2011 roku jak było ciężko dojść do tych 30 minut ciągłego biegu i jaką radością było przebiegnięcie ciągłych 30 minut. W dzienniczkach odnotowałem przebiegnięte 404 kilometry, a potem z roku na rok było ich coraz więcej i więcej. Chciałbym w tym roku przebiec więcej niż te 404 kilometry sześć lat temu. Na przykład 420 może być, albo 457 też jest ok. I tak szukam i szukam, ale nie znajduję i nie umiejscawiam żadnych innych bardziej ambitnych biegowych celów w tym roku.

Wszystkim czytającym i sobie poprawy pogody życzę! Czas zzuć zimowe buty ;-) Ahoj!

piątek, 31 marca 2017

Uzależniony od wysiłku



Ostatni trening, nie-trening areobowy miałem tydzień temu, w ubiegłą środę, poszedłem na basen i trochę popływałem. W czwartek chciałem iść pobiegać, ale planowałem wyjazd w Gorce w piątek rano i nie udało się wcisnąć biegania w wir przygotowań. Ostatecznie w piątek w Gorce nie pojechałem, nie udało się pozamykać wszystkich spraw przed wyjazdem, pojechałem w sobotę wczesnym rankiem.

W górach było fantastycznie, najpierw poszedłem żółtym szlakiem na Turbacz, nocleg w schronisku na Turbaczu, potem przejście pasmem do schroniska PTTK Stare Wierchy, żeby w końcu zejść zielonym szlakiem do punktu startu, do samochodu na parkingu w Nowym Targu. Wróciłem w niedzielę późnym wieczorem.

W poniedziałek czułem mocno zmasakrowane mięśnie po górach, jednak to zupełnie inny rodzaj wysiłku niż ten, który wykonuję regularnie w Warszawie.

Chciałem pójść na basen we wtorek, ale załączył mi się niepostrzeżenie tryb leniuszka. We środę obowiązki w pracy, wyszedłem po prawie jedenastu godzinach, na nic nie miałem siły. Dramat zaczął się we środę, już po południu wiedziałem co się święci. Bóle głowy, czułem, że mózg mi puchnie pod czaszką, kości także zaczęły pobolewać, o rety, ale jazda. Wiedziałem, czego mi brakuje. Wysiłku areobowego. W końcu minęło już siedem dni od środy. Organizm błagał, prosił, domagał się wysiłku.

Nie wahałem się nawet przez chwilę jak spędzić dzisiejszy wieczór po pracy. Pięćset metrów przepłynięte na basenie w niecałe 22 minuty zadziałały lepiej niż sto apapów, dwieście ibupronów i trzysta tabelek z krzyżykiem razem wziętych.

Po treningu czułem się jak narkoman, który dostał swoją dawkę. Błogostan. Siedem lat biegania i nie tylko biegania zrobiło swoje. Tysiące kilometrów. W niedzielę rano chcę, wróć, stop, muszę pobiegać po lesie, już nie mogę się doczekać. Poniżej kilka zdjęć z Gorców.

ahoj!


niedziela, 15 stycznia 2017

Dwa lata



Pracy szukałem około dwóch miesięcy. Rzeczywiście jest prawdą to, to mówią w biurach i piszą na portalach, że inżynierowie IT mają obecnie ostro z górki. Pewnie prawdą jest także to, że mamy rynek pracownika.

Przy okazji tych zmian zacząłem zastanawiać się, jaki jest optymalny okres, po którym należy/warto/można zmienić pracę. Siedem lat, osiem miesięcy i kilka dni, tyle pracowałem w swojej ostatniej firmie. Teraz wiem, że za długo, powinienem to rzucić trochę wcześniej, ale zawsze brakowało jakiegoś elementu układanki.

Moja siostra, która zawodowo zajmuje się rekrutacjami twierdzi, że jest okres pięciu lat. Być może. Kilka osób, z którymi rozmawiałem w nowym miejscu pracy mówiły, że jest to okres dwóch lat. Pewnie zależy to od osoby, od szybkości, z jaką uczy się nowych rzeczy oraz od tego jak szybko się nudzi poznanymi mechanizmami i nowinkami. Przez chwilę te wymienione dwa lata wydały mi zdecydowanie za krótkie. Ale pomyślałem o sobie i swojej ścieżce kariery i dotarło do mnie, że istotnie - jest sens w tych dwóch latach.

Zacząłem pracować w 2002 roku, ale już w 2004 roku postanowiłem przygotować się i zdać pewien egzamin, kompletnie nie związany z moją pracą, egzamin bardzo trudny i wymagający wielu wyrzeczeń, zajmujący mnóstwo czasu. Stopniowo zdawałem
kolejne jego części, przy okazji wydając sporo pieniędzy na książki i kolejne podejścia. Tysiące złotych. Brałem urlopy, żeby się uczyć, potem okazywało się, że to i tak nie ma sensu, bo trzeba trafić w zadania. Zdałem go trzy lata później, pod koniec 2007, co zbiegło się także z zakończeniem pracy u mojego pierwszego pracodawcy. Sam egzamin zupełnie nie miał znaczenia w mojej karierze, to było po prostu wyzwanie, tak myślę z perspektywy tych dziewięciu lat, które minęły od tamtego czasu.

U mojego ostatniego pracodawcy zacząłem pracować w 2009, a co stało się w 2011 roku ? No, biegać zacząłem ;-). Wkręciłem się w to bieganie, jak w tamten egzamin wtedy, ojjj, ostro się wkręciłem. Zacząłem trenować, przeczytałem książkę Skarżynskiego, zapisywałem się na zawody, prowadziłem bloga na maratonachpolskich.pl, a później tutaj. Dziś bieganie traktuję jako zamknięty rozdział, tak jak tamten egzamin z 2007 roku. Dobrze, że udało mi się pobiec dyszkę poniżej 43 minut, trochę szkoda, że nie pobiegłem piątki poniżej 20 minut, zabrakło nędznych dziewiętnastu sekund ;-) Czy kiedyś się uda ? Mówiąc szczerze, nie sądzę...

Sporo pływam ostatnio i sprawia mi to pływanie dużo frajdy. Dwa razy w tygodniu chodzę na basen. Myślę, że mogę napisać, że wolę ostatnio pływać niż biegać. Kraul staje się coraz lepszy, staram się go wydłużać coraz bardziej. Nauczyłem się także odbicia od ściany basenu przy dopływaniu do niej ("fikołek" pod wodą) i mam z tego niezłą radochę. Może z tego pływania wyjdzie jakiś mały triathlon na koniec lata ? Może... Ćwiczenia kraulowe oraz zapis treningu opieram na książce Matta Fitzgeralda, jutro na ten przykład planuję przepłynąć PRO1 PTS1 PPI1 PSC1 ;-) Chcesz się dowiedzieć co to znaczy, kup książkę Matta ;-)

Nie wiem, czy to z tego wpisu wynika, ale myślę, że w życiu najważniejsze są zmiany. Każdy powinien zmieniać tyle, ile tylko jest w stanie. Tak, wiem, rodziców ciężko zmienić, psa także ;-), ale wszystko inne jest osiągalne... Współczuję tym wszystkim ludziom zakonserwowanym, zasklepionym w swoim życiu...

niedziela, 18 grudnia 2016

W Beskidzie Żywieckim

Link do zdjęć
Dzień 1 (23-11-2016r.)
Skałka-Błażyczówka-schronisko PTTK na Hali Rysiance (szlak zielony)


Pierwszy dzień jest świetny, pogoda dopisuje, choć samo dojście do schroniska wcale nie jest łatwe, idę ostrym podejściem zielonym szlakiem. Na wysokości ok. 1000 m widzę białe płaty śniegu, tak, to śnieg, naprawdę dziwne uczucie. Szlaki w Beskidzie Żywieckim są dość łatwe, dobrze oznaczone, ale i tak trzeba uważać, żeby nie przegapić jakiegoś skrętu. Idę do schroniska Rysianka, które znajduje pod szczytem Rysianka (1322 m). Garmin pokazuje przy schronisku wysokość 1260 m. Wieczorem spotykam się z Agnieszką i Henrykiem, jutro wyruszymy razem na szlak.

Dzień 2 (24-11-2016r.)
Schronisko PTTK na Hali Rysiance-schronisko PTTK na Hali Boraczej-Skałka (szlak zielony)


Rano idziemy obejrzeć wschód słońca, przeszkadzają nam trochę chmury, ale jest super, ma to swój klimat. Drugi dzień jest jeszcze lepszy niż pierwszy, bo towarzystwo dopisuje. Idziemy do schroniska na Hali
Lipowskiej, potem Henryk odłącza się, skręca w żółty szlak, idzie do Rajczy. My idziemy zielonym szlakiem do Skałki, przechodzimy przez schronisko na Hali Boraczej, gdzie niestety nie można kupić tak wyczekiwanych jagodzianek, są tylko w weekendy. Potem schodzimy ze szlaku, nieco błądzimy, trochę zgadujemy trasę, nie ma odrobiny ryzyka, nie ma zabawy. W końcu docieramy do Skałki, a potem do Węgierskiej Górki. Powrót jest zabawny i lekko zwariowany, zamiast do Katowic wsiadamy w pociąg do Zwardonia, czyli w przeciwnym kierunku. Podobno to moja wina, ta pomyłka z pociągiem. Wracam późno, przez Katowice, Kutno, potem Łowicz, jestem w domu nad ranem. Nocna jazda pociągiem ma swój urok, a czasem spotyka się osobliwych jegomości, naprawdę klimatycznych gości, którzy zaczynają rozmowę od delikatnie paraliżującego cię pytania "Jesteś za Legią ?", ale potem okazują się pobożnymi Adwentystami Dnia Siódmego, którzy oprócz tego, ze są kibolami Legii, to nie piją alkoholu i nie palą papierosów. Poza tym mój pobożny Adwentysta rozciągnął się na całej szerokości siedzeń z nieukrywaną radością, tłumacząc się tym, że otrzymał kiedyś postrzał w tylną część ciała i trochę go tam pobolewa. WTF ? Świat jest dziwny i cały czas mnie zaskakuje. Poza tym nie ma to jak przejechać się całkowicie pustym pociągiem z Kutna do Łowicza Głównego o trzeciej na ranem.