niedziela, 16 lipca 2017

Beskid Śląski


Link do zdjęć

Minął już ponad miesiąc od wyjazdu i wreszcie znalazłem chwilę czasu, żeby go opisać. W Beskid Śląski zaprosił mnie kolega, który organizował wyjazd ze znajomymi i ich dziećmi. Taki wyjazd piknikowo-rodzinnny, z domieszką lekkiego wyczynu w postaci przespacerowania się po górkach. Pakowałem się cały tydzień, żeby w piątek po pracy być w miarę gotowym na wyjazd. Pojechałem pociągiem wieczorem, reszta towarzystwa pojechała w piątek rano, spotkać mieliśmy się w sobotę. Pojechałem przez Pszczynę, gdzie dotarłem przed pierwszą w nocy, tutaj spotkała mnie niemiła niespodzianka w postaci zamkniętego dworca aż do 4:00 rano, cóż - poczekałem na ławeczce pod dworcem aż do otwarcia, potem pociąg do Bielska-Białej i autobus do Szczyrku. W Szczyrku bywalem wielokrotnie, ale wyłącznie zimą, pierwszy raz miałem okazję zobaczyć go latem. Senne miasteczko.

Dzień 1 (10.06). Szczyrk-PTTK Klimczok-Klimczok-PTTK Na Błatniej oraz Brenna-PTTK na Równicy.
Wychodzę ze Szczyrku ok. 7 rano i idę zielonym szlakiem na Klimczok. Jest ciepło i zapowiada się słoneczny dzień. Po dwóch godzinach docieram do PTTK Klimczok i po posiłku zaliczam lekki zgon - bardzo źle przespana noc powoduje, że mam ochotę przespać się kilka godzin ;-). Pół godziny walczę ze sobą, ale sennosć mija i idę w kierunku Błatniej. Pogoda się załamuje, zaczyna padać deszcz. Hubert pisze do mnie ze schronska, że z powodu pogody siedzą w schronisku z dziećmi i czekają. Docieram do Błatniej i dołączam do towarzystwa. Siedzimy do czwartej po południu, a potem ktoś wpada na pomysl, żeby do schroniska na Równicy wynająć jeepy, żeby nas zawiozły. Wynajmujemy jeepy, które zwożą nas na dół do Brennej, ale ponieważ pogoda się poprawia, wysiadamy w Brennej i idziemy do schroniska na Równicy piechotą.

Dzień 2 (11.06). PTTK na Równicy-Ustroń-Czantoria Wielka-schronisko Soszów.
Najpierw idziemy do parku linowego, gdzie próbujemy sił we wspinaczce i łażeniu na wysokościach, ja wybieram żółtą trasę i udaje mi się ją całą przejść. Potem idziemy do Ustronia i wjeżdżamy kolejką linową na Czantorię, na górze klimaty rodzinno-piknikowe. Pewnie niektórzy z tych ludzi myślą, że tak właśnie wyglądają góry i pobyt w nich. Idziemy w kierunku Czantorii Wielkiej (997 m), a potem do czeskiej chaty na knedle i piwo. Potem dłuższy kawałek drogi do schroniska na Soszowie. Dowiadujemy się na miejscu, że schronisko jest na sprzedaż, cóż - bagatela, nieco ponad milion dwieście tysięcy złotych. Kładę się wcześnie spać, ponieważ planuję wstać o 4:30, żeby zejść do Wisły i złapać autobus do Krakowa.

Dzień 3 (12.06).
Wstaję wcześnie rano i schodzę do Wisły, stąd o siódmej rano mam autobus do Krakowa, a dalej pociąg do Warszawy.

ahoj!

środa, 10 maja 2017

Wyjątkowo zimny maj



Tak, była kiedyś taka piosenka Maanamu z płyty Derwisz i Anioł z roku 1991. Byłem w pierwszej klasie liceum i nie przejmowałem się czymś takim jak pogoda. Naparzałem pewnie w Quake'a albo w Duke Nukem'a. Nie mam pojęcia, czy Korze chodziło o maj w roku 1991, czy może jednak o maj rok wcześniej. W każdym bądź razie stare wraca, czas jest kolisty i znowu mamy mega wyjątkowo zimny maj.

Póki co bieganie bez planu i bez żadnych planów startowych nie przejadło mi się :). Nie ma jak odrobina szaleństwa w życiu sportowca, dziś można pobiegać po lesie 30 minut, a za tydzień też 30 minut, a może jednak odważyć się na szalone 40 minut, albo może jednak popływać na basenie dwa razy, a tylko raz pójść biegać. Nie ma planów, napinki startowej i zostaje więcej czasu na inne, niesportowe zajęcia domowe :). Oczywiście gdzieś tam z tyłu głowy jest świadomość, że powrót do treningu może być ciężki, do tej regularności, że schodzenie na poziom sub43, czy sub42 i niżej na dyszkę to już nie takie pitu-pitu, ze tego z tuptania po lesie się nie zrobi. Hm, przynajmniej ja nie nie zrobię. Najwięcej w tym roku przebiegłem 8 km biegu ciągłego z niewielkim hakiem. Czyli słabo.

Wracając do maja, to jest naprawdę zimny i nawet mojej skromnej osobie, która zimno lubi, a gorąca szczerze nie znosi, taka pogoda się przejadła. Mamy rocznicę zwycięstwa nad faszyzmem (według czasu moskiewskiego), siedzimy sobie w pracy, aż tu nagle zaczyna padać snieg za oknem. WTF ?

Wracają do kilometrażu, muszę przyznać, że z takim słabym kilometrażem nie mam po co zapisywać się na jakikolwiek bieg, chyba że dla ciekawej trasy. A znając życie to w tym roku pewnie nigdzie nie wystartuję. Chlip, chlip ;-)

Pamiętam jak zaczynałem biegać w 2011 roku jak było ciężko dojść do tych 30 minut ciągłego biegu i jaką radością było przebiegnięcie ciągłych 30 minut. W dzienniczkach odnotowałem przebiegnięte 404 kilometry, a potem z roku na rok było ich coraz więcej i więcej. Chciałbym w tym roku przebiec więcej niż te 404 kilometry sześć lat temu. Na przykład 420 może być, albo 457 też jest ok. I tak szukam i szukam, ale nie znajduję i nie umiejscawiam żadnych innych bardziej ambitnych biegowych celów w tym roku.

Wszystkim czytającym i sobie poprawy pogody życzę! Czas zzuć zimowe buty ;-) Ahoj!

piątek, 31 marca 2017

Uzależniony od wysiłku



Ostatni trening, nie-trening areobowy miałem tydzień temu, w ubiegłą środę, poszedłem na basen i trochę popływałem. W czwartek chciałem iść pobiegać, ale planowałem wyjazd w Gorce w piątek rano i nie udało się wcisnąć biegania w wir przygotowań. Ostatecznie w piątek w Gorce nie pojechałem, nie udało się pozamykać wszystkich spraw przed wyjazdem, pojechałem w sobotę wczesnym rankiem.

W górach było fantastycznie, najpierw poszedłem żółtym szlakiem na Turbacz, nocleg w schronisku na Turbaczu, potem przejście pasmem do schroniska PTTK Stare Wierchy, żeby w końcu zejść zielonym szlakiem do punktu startu, do samochodu na parkingu w Nowym Targu. Wróciłem w niedzielę późnym wieczorem.

W poniedziałek czułem mocno zmasakrowane mięśnie po górach, jednak to zupełnie inny rodzaj wysiłku niż ten, który wykonuję regularnie w Warszawie.

Chciałem pójść na basen we wtorek, ale załączył mi się niepostrzeżenie tryb leniuszka. We środę obowiązki w pracy, wyszedłem po prawie jedenastu godzinach, na nic nie miałem siły. Dramat zaczął się we środę, już po południu wiedziałem co się święci. Bóle głowy, czułem, że mózg mi puchnie pod czaszką, kości także zaczęły pobolewać, o rety, ale jazda. Wiedziałem, czego mi brakuje. Wysiłku areobowego. W końcu minęło już siedem dni od środy. Organizm błagał, prosił, domagał się wysiłku.

Nie wahałem się nawet przez chwilę jak spędzić dzisiejszy wieczór po pracy. Pięćset metrów przepłynięte na basenie w niecałe 22 minuty zadziałały lepiej niż sto apapów, dwieście ibupronów i trzysta tabelek z krzyżykiem razem wziętych.

Po treningu czułem się jak narkoman, który dostał swoją dawkę. Błogostan. Siedem lat biegania i nie tylko biegania zrobiło swoje. Tysiące kilometrów. W niedzielę rano chcę, wróć, stop, muszę pobiegać po lesie, już nie mogę się doczekać. Poniżej kilka zdjęć z Gorców.

ahoj!


niedziela, 15 stycznia 2017

Dwa lata



Pracy szukałem około dwóch miesięcy. Rzeczywiście jest prawdą to, to mówią w biurach i piszą na portalach, że inżynierowie IT mają obecnie ostro z górki. Pewnie prawdą jest także to, że mamy rynek pracownika.

Przy okazji tych zmian zacząłem zastanawiać się, jaki jest optymalny okres, po którym należy/warto/można zmienić pracę. Siedem lat, osiem miesięcy i kilka dni, tyle pracowałem w swojej ostatniej firmie. Teraz wiem, że za długo, powinienem to rzucić trochę wcześniej, ale zawsze brakowało jakiegoś elementu układanki.

Moja siostra, która zawodowo zajmuje się rekrutacjami twierdzi, że jest okres pięciu lat. Być może. Kilka osób, z którymi rozmawiałem w nowym miejscu pracy mówiły, że jest to okres dwóch lat. Pewnie zależy to od osoby, od szybkości, z jaką uczy się nowych rzeczy oraz od tego jak szybko się nudzi poznanymi mechanizmami i nowinkami. Przez chwilę te wymienione dwa lata wydały mi zdecydowanie za krótkie. Ale pomyślałem o sobie i swojej ścieżce kariery i dotarło do mnie, że istotnie - jest sens w tych dwóch latach.

Zacząłem pracować w 2002 roku, ale już w 2004 roku postanowiłem przygotować się i zdać pewien egzamin, kompletnie nie związany z moją pracą, egzamin bardzo trudny i wymagający wielu wyrzeczeń, zajmujący mnóstwo czasu. Stopniowo zdawałem
kolejne jego części, przy okazji wydając sporo pieniędzy na książki i kolejne podejścia. Tysiące złotych. Brałem urlopy, żeby się uczyć, potem okazywało się, że to i tak nie ma sensu, bo trzeba trafić w zadania. Zdałem go trzy lata później, pod koniec 2007, co zbiegło się także z zakończeniem pracy u mojego pierwszego pracodawcy. Sam egzamin zupełnie nie miał znaczenia w mojej karierze, to było po prostu wyzwanie, tak myślę z perspektywy tych dziewięciu lat, które minęły od tamtego czasu.

U mojego ostatniego pracodawcy zacząłem pracować w 2009, a co stało się w 2011 roku ? No, biegać zacząłem ;-). Wkręciłem się w to bieganie, jak w tamten egzamin wtedy, ojjj, ostro się wkręciłem. Zacząłem trenować, przeczytałem książkę Skarżynskiego, zapisywałem się na zawody, prowadziłem bloga na maratonachpolskich.pl, a później tutaj. Dziś bieganie traktuję jako zamknięty rozdział, tak jak tamten egzamin z 2007 roku. Dobrze, że udało mi się pobiec dyszkę poniżej 43 minut, trochę szkoda, że nie pobiegłem piątki poniżej 20 minut, zabrakło nędznych dziewiętnastu sekund ;-) Czy kiedyś się uda ? Mówiąc szczerze, nie sądzę...

Sporo pływam ostatnio i sprawia mi to pływanie dużo frajdy. Dwa razy w tygodniu chodzę na basen. Myślę, że mogę napisać, że wolę ostatnio pływać niż biegać. Kraul staje się coraz lepszy, staram się go wydłużać coraz bardziej. Nauczyłem się także odbicia od ściany basenu przy dopływaniu do niej ("fikołek" pod wodą) i mam z tego niezłą radochę. Może z tego pływania wyjdzie jakiś mały triathlon na koniec lata ? Może... Ćwiczenia kraulowe oraz zapis treningu opieram na książce Matta Fitzgeralda, jutro na ten przykład planuję przepłynąć PRO1 PTS1 PPI1 PSC1 ;-) Chcesz się dowiedzieć co to znaczy, kup książkę Matta ;-)

Nie wiem, czy to z tego wpisu wynika, ale myślę, że w życiu najważniejsze są zmiany. Każdy powinien zmieniać tyle, ile tylko jest w stanie. Tak, wiem, rodziców ciężko zmienić, psa także ;-), ale wszystko inne jest osiągalne... Współczuję tym wszystkim ludziom zakonserwowanym, zasklepionym w swoim życiu...

niedziela, 18 grudnia 2016

W Beskidzie Żywieckim

Link do zdjęć
Dzień 1 (23-11-2016r.)
Skałka-Błażyczówka-schronisko PTTK na Hali Rysiance (szlak zielony)


Pierwszy dzień jest świetny, pogoda dopisuje, choć samo dojście do schroniska wcale nie jest łatwe, idę ostrym podejściem zielonym szlakiem. Na wysokości ok. 1000 m widzę białe płaty śniegu, tak, to śnieg, naprawdę dziwne uczucie. Szlaki w Beskidzie Żywieckim są dość łatwe, dobrze oznaczone, ale i tak trzeba uważać, żeby nie przegapić jakiegoś skrętu. Idę do schroniska Rysianka, które znajduje pod szczytem Rysianka (1322 m). Garmin pokazuje przy schronisku wysokość 1260 m. Wieczorem spotykam się z Agnieszką i Henrykiem, jutro wyruszymy razem na szlak.

Dzień 2 (24-11-2016r.)
Schronisko PTTK na Hali Rysiance-schronisko PTTK na Hali Boraczej-Skałka (szlak zielony)


Rano idziemy obejrzeć wschód słońca, przeszkadzają nam trochę chmury, ale jest super, ma to swój klimat. Drugi dzień jest jeszcze lepszy niż pierwszy, bo towarzystwo dopisuje. Idziemy do schroniska na Hali
Lipowskiej, potem Henryk odłącza się, skręca w żółty szlak, idzie do Rajczy. My idziemy zielonym szlakiem do Skałki, przechodzimy przez schronisko na Hali Boraczej, gdzie niestety nie można kupić tak wyczekiwanych jagodzianek, są tylko w weekendy. Potem schodzimy ze szlaku, nieco błądzimy, trochę zgadujemy trasę, nie ma odrobiny ryzyka, nie ma zabawy. W końcu docieramy do Skałki, a potem do Węgierskiej Górki. Powrót jest zabawny i lekko zwariowany, zamiast do Katowic wsiadamy w pociąg do Zwardonia, czyli w przeciwnym kierunku. Podobno to moja wina, ta pomyłka z pociągiem. Wracam późno, przez Katowice, Kutno, potem Łowicz, jestem w domu nad ranem. Nocna jazda pociągiem ma swój urok, a czasem spotyka się osobliwych jegomości, naprawdę klimatycznych gości, którzy zaczynają rozmowę od delikatnie paraliżującego cię pytania "Jesteś za Legią ?", ale potem okazują się pobożnymi Adwentystami Dnia Siódmego, którzy oprócz tego, ze są kibolami Legii, to nie piją alkoholu i nie palą papierosów. Poza tym mój pobożny Adwentysta rozciągnął się na całej szerokości siedzeń z nieukrywaną radością, tłumacząc się tym, że otrzymał kiedyś postrzał w tylną część ciała i trochę go tam pobolewa. WTF ? Świat jest dziwny i cały czas mnie zaskakuje. Poza tym nie ma to jak przejechać się całkowicie pustym pociągiem z Kutna do Łowicza Głównego o trzeciej na ranem.

sobota, 22 października 2016

Przez Beskid Niski i Bieszczady

Zdjęcia z wyjazdu: link

O biegu w Kozienicach nie chcę nic pisać, biegłem go z fatalnym samopoczuciem, ale pomimo tego udało się pobiec życiówkę i złamać 43 minuty na 10 km, co widać na pasku z prawej strony ;-).
Kolejny tydzień przyniósł zmiany, zmiany, które przyniosły ulgę, poczucie tymczasowej wolności i całkowity brak żalu z powodu pożegnania się z firmą po prawie ośmiu latach. To i tak trwało zbyt długo. Pomyślałem, że to bardzo dobra okazja, żeby wyjechać w góry, nie byłem w górach dziewięć lat, pamiętam, że byłem w 2007 w Beskidzie Sądeckim.

Wybór padł na Beskid Niski i Bieszczady, oba te pasma górskie przeszedłem kiedyś całe, ale to było kiedyś, a ja nie byłem też wszędzie, ani wszystkiego nie widziałem. Musiałem przerwać plan treningowy, ale odpuściłem treningi zupełnie bez żalu, hotel w Bydgoszczy zgodził się odwołać rezerwację, pakiet na półmaraton się po prostu zmarnuje. Nie wystartuję również w Biegu Niepodległości, nie mam na to zupełnie ochoty.

Dzień 1. Nowy Żmigród-Grzywacka Góra-Kąty-Grzywacka Góra-Łysa Góra-Polana-Dania-Chyrowa

Przygotowania do wyjazdu zajmują mi dwa dni, postanawiam przejść z Nowego Żmigrodu do Ustrzyk Górnych, czyli prawie pod ukraińską granicę. Do Nowego Żmigrodu docieram na raty, przez Rzeszów oraz Jasło, nocuję w hotelu. Idę rano w kierunku Kamienia, ale mylę szlak, wracam po własnych śladach i idę w kierunku Chyrowej. Przemierzam ładny trawers Grzywacka Góra-Łysa Góra-Polana, znowu gubię czerwony szlak, ale magicznym sposobem go odnajduję. Jest wilgotno, ale nie pada. Już na ok. czterystu metrach unosi się dużo mgieł, ale po południu mgły znikają. Docieram do Chyrowej, do schroniska przed siedemnastą. Jeszcze mam w miarę czyste ubranie.

Dzień 2. Chyrowa-Nowa Wieś-Zawadka Rymanowska-Piotruś (okolice)-Jaśliska

Drugi dzień to wstęp do horroru. Wszystko idzie dobrze aż do Zawadki Rymanowskiej. Potem próbuję przejść przez szczyt Piotruś żółtym szlakiem i dostać się na drogę do Jaślisk. Gubię żółty szlak i zaczynam błądzić poza szlakami, często na przełaj. Jest po siedemnastej, ale mam naładowany telefon z Google Maps i czołówkę, bez nich nie wyszedłbym z tego lasu. Zachowałem zapis mojego błądzenia, jest tutaj. W sumie jak to na spokojnie obejrzałem, to nie było tak tragicznie, ale z perspektywy lasu, ciemności i olbrzymiego błota na drogach wyglądało to zupełnie inaczej. W końcu wychodzę na szosę do Jaślisk po dziesiątej wieczorem, łapię stopa, jakieś małżeństwo jadące do Cisnej mnie podwozi, jestem w schronisku, uff...

Dzień 3. Odpoczynek (Jaśliska)
Następnego dnia odpoczywam, suszę rzeczy, piorę, to co można uprać i to co ma szansę wyschnąć do jutro. Spodnie są w błocie od pasa aż po kostki.

Dzień 4. Jaśliska-Lipowiec-Jasienik-Jasiel-Kanasiówka-Komańcza(rano)

Czwartego dnia zapowiada się piękny, słoneczny dzień, który zupełnie nie pasuje do horroru, który go zakończy. Wreszcie wychodzi słońce i jest ciepło. Niestety przeszacowuję swoje możliwości i planuję zbyt ambitną, zbyt długą trasę. Do tego dochodzą zdjęcia, które mnie spowalniają. Planuję trasę z Jaślisk do Dołżycy, która jest już w Bieszczadach. Wychodzę po siódmej, ale nie udaje mi się dotrzeć do Dołżycy przed zmrokiem. Zapalam czołówkę, do schroniska zostało osiem, może siedem kilometrów przez las. Około półtorej godziny marszu. Jest trochę strachu, ale jestem dobrej myśli. Szukam skrętu w zielony szlak w kierunku Dołżycy ze szlaku granicznego na granicy polsko-słowackiej. Znajduję ten skręt i powoli, powoli szukam zielonych strzałek na drzewach. Wszystko idzie dobrze, ale w pewnym momencie (tak mi się wydaje) schodzę ze szlaku w jedną w bocznych dróg do wyrębu drzewa i wpadam w pułapkę, orientuję się po około kilometrze, że zgubiłem drogę. Dochodzę do jakiegoś potoku, rzeczki i oswajam się z myślą, że spędzę w tym lesie całą noc. Mam za sobą jedenaście godzin marszu i nie mam siły, żeby szukać wyjścia. Nabieram wody w potoku, jem trochę czekolady, mam sporo jedzenia w plecaku. Próbuję sobie przypomnieć, o której mniej więcej wstało słońce poprzedniego dnia, na szczęście nie pada. Robi się zimno, cieplej się ubieram, wyciągam śpiwór z plecaka (jak dobrze że go wziąłem!), szkoda, że nie mam zapałek, rozpaliłbym ognisko. Owijam się w śpiwór, słyszę podchodzące zwierzęta, serce wali jak oszalałe, mam nadzieję, że w tym rejonie nie ma niedźwiedzi. Kroki zwierząt są przeważnie lekkie, ale czasami słyszę ciężki tupot i trzask łamanych gałęzi i wtedy naprawdę się boję, że to może być niedźwiedź. Odliczam godziny do rana, rano zasypiam, w śpiworze jest ciepło, nad ranem lekko pada. Budzę się po siódmej, zaczyna się rozjaśniać. Idę w kierunku strumienia, a za nim słyszę przejeżdżający samochód. Jestem w szoku - spałem może czterysta metrów od szosy prowadzącej do Komańczy.

Dzień 5. Odpoczynek (Komańcza)
Zostaję cały dzień w schronisku w Komańczy, potrzebuję się zregenerować po tej nocy. Schronisko jest bardzo fajne, dość drogie, ale jest rozpalony kominek i podają świetne placki po beskidzku, cokolwiek by to miało oznaczać ;-).

Dzień 6. Komańcza-Prełuki-Duszatyn-Dział-Duszatyn-Komańcza
Planuję przejść do Jabłonek, ale placek po beskidzku kusi strasznie, pękam i odpuszczam sobie Ustrzyki Górne. Za Duszatynem świadomie schodzę ze szlaku i robię "okrętkę" dookoła grzbietu Dział (830 m), wracam do Duszatyna, a potem do schroniska. Jest niedziela, a jestem jedynym gościem w tym schronisku, właściciel schroniska, Roman, młody chłopak, który pracuje na uczelni zaprasza mnie na bimber ;-). Pijemy jeszcze z Irkiem, który pracuje w lesie, ale ma mnóstwo ciekawych historii do opowiedzenia i matką Romana, która pomaga w prowadzeniu schroniska. Mama tonem eksperta twierdzi, że bimber ma ok. 65%, ale "nieźle wchodzi". W sumie nieźle wchodzi. Mama wymięka szybko, potem zostajemy we trzech. Zaczynamy rozmawiać o polityce, co w połączeniu w wódką robi się słabe, ale zachowujemy kulturę. Wszystko jest dobrze do momentu kiedy Roman proponuje, żebyśmy bimber zapijali regionalnym piwem "Strach". Ja już nie mam smaku, szkoda, bo piwo musiało być bardzo dobre... Piwo robi swoje, odlatuję. Wiem, że jedynym wysiłkiem, na który mnie dziś stać, jest dostanie się do mojego pokoju. Jeszcze trzeba pokonać tylko te cholerne schody...

Rzeszów, Chyrowa, Jaśliska, Komańcza
październik 2016r.



PS. Naprawdę polecam śpiwory Fjord Nansen... ;-)

wtorek, 20 września 2016

Życiówka w Kleszczowie



Pojechałem do Kleszczowa tym razem bez żadnych perypetii, mogę nawet napisać, że wyjazd był do bólu nudny, oczywiście podczas biegu nie można było mówić o nudzie.

Dojechałem do hotelu Santin około 19.30, już w samochodzie booking.com prosiło mnie o ocenę zameldowania. W hotelu nie miałem kompletnie nic do roboty, oglądałem jakiś serial o policjantach, potem trochę czytałem, położyłem się spać około północy.

Wstałem około siódmej, śniadanie chciałem zjeść około dziewiątej, trzy godziny przed biegiem.
Hmm... jakby tu napisać, pierwszy raz od może dwudziestu pięciu lat zdarzyło mi się obejrzeć niedzielny
teleranek dla dzieci, potem program o golfie, a następnie program o Michaelu Phelpsie. Śniadanie wcale nie takie lekkie, ponieważ nie jadłem kolacji. Najpierw jajecznica, a potem kilka kanapek, wcale nie z dżemem ;-), ale jakąś kiełbachą.

Wyjazd do Kleszczowa około 9:40, na miejscu byłem około 10:00. Pogoda zapowiadała się fantastycznie, termometr w samochodzie pokazywał 13 stopni, duże zachmurzenie, brak opadów, jedynie spory wiatr był na minus. Odebrałem pakiet i zacząłem przebierać się przy samochodzie w sportowe ciuchy. Na buty chip, na klatę pasek tętna.

Rozgrzewka powoli i metodycznie, truchty, ćwiczenia, a dwie przebieżki po 3:40/km dały mi pewności siebie. Czułem się naprawdę ok. Podczas ćwiczeń wypadł mi z kieszeni bluzy Iphone i tutaj nastąpił mały fackup - pękła szybka telefonu. W sumie wziąłem to za dobrą monetę, za dobry znak przed biegiem ;-)

Start o godzinie 12:00, temperatura sięgała 14-15 stopni, ale było wciąż bardzo dobrze. Zawsze jak piszę relację z biegu, to mam wrażenie, że umyka mi strasznie dużo szczegółów walki, prawie nie pamiętam tego, co działo się na trasie.


Czas netto: 20:18 (PB)
Open: 72/309
Kategoria M3: 8/42
Średnie tętno: 182 ud./min.

Zaczynam po 3:54/km, grupka w której biegnę jest mocna, Kleszczów to w ogóle mocny bieg, biegniemy pod wiatr, po około 500 metrach zapala mi się w głowie lampka "taktyka" i zaczynam chować się za plecami innych. Pod koniec kilometra ja wychodzę na prowadzenie i ciągnę grupkę.

Drugi kilometr po 3:58, wiatr wieje z boku, staram się trzymać pleców jakiegoś zawodnika, za mną ktoś inny, biegniemy grupce 4-6 osobowej.

Trzeci kilometr po 4:07, klasyczne zwolnienie na piątce, pamiętam, że od około 10 minuty biegu zaczęła się walka, w głowie odliczałem ile minut biegu zostało do końca. Na szczęście pogoda sprzyjała. Wiatr zaczyna nam wiać w plecy.

Czwarty kilometr po 4:08, trwa okres obniżki tempa, ale tak właśnie biegam piątkę i mam to przećwiczone. To jest chyba najgorszy kilometr. Liczę minuty do końca, jeszcze osiem minut, jeszcze siedem, jeszcze sześć, jeszcze pięć... Dobrze, że biegnę po życiówkę, bo bym chyba przeszedł do marszu. Cały czas liczę te cholerne minuty, serce wariuje, tętno pod 190.

Piąty kilometr 4:02, przyspieszam. To już ostatni kilometr, już biegnie się lepiej, widać stadion. Na stadionie trzymam się pleców jakiegoś blondynka, dwóch kolesi z boku po zewnętrznej mnie wyprzedza, wyprzedza mnie też jakaś dziewczyna. Blondynek też zdążył odjechać w siną dal. Kompletnie nie mam sił na walkę. Tętno dochodzi do 192 uderzeń.

Oddaję chipa i padam na trawę, nie mam ochoty na posiłek regeneracyjny, nie robię grawerki medalu, chociaż wykupiłem taką opcję, nie mam ochoty na nic, piję tylko wodę. Zmieniam ubranie i wracam do Warszawy, mam trzy godziny jazdy przed sobą, zjem jakiegoś Wieśmaca w frytkami i kawę po drodze...

Za dwa tygodnie w Kozienicach spróbuję zaatakować 42:30...

ahoj!