niedziela, 20 maja 2018

Bieg Konstytucji 3 Maja w Radomiu wyłącznie pozytywnie

Wracając z Radomia w piękny, majowy, słoneczny dzień trasą E77 postanowiłem przygotować wpis, w którym nie będzie narzekania, malkontenctwa, wytykania słabych punków, zażaleń do siebie i organizatorów. Wyłącznie pozytywna energia. Bo i tak było, czyli super.

W środę, w przeddzień biegu wyszedłem z pracy wpół do szóstej, po drodze zrobiłem ostatnie zakupy przed świętem, pamiętając o biegu wrzuciłem do koszyka dżem i serek, no i kakao, w sklepie dopadła mnie faza na kakao.

Biłem się z myślami, czy iść w przeddzień biegu na basen, ale wsiadłem w samochód i pojechałem na pływalnię. Zrobiłem lekką jednostkę, w terminologii Fitzgeralda opisaną jako PRO1 PTS1 K25 PSC1. Wróciłem z basenu naładowany pozytywną energią i zasnąłem.

Wstałem rano parę minut po siódej, zapowiadał się słoneczny, cudowny dzień. Prysznic, później szybkie śniadanie złożone z dżemu i serka, na kakao zabrakło czasu, ale wiedziałem tego ranka, że się nie zmarnuje i będzie na zaś.

Wyjechałem dwadzieścia minut przed ósmą, nawigacja estymowała godzinę przybycia o 8:56, ale ja przyspieszałem, przyspieszałem i wciąż przyspieszałem, tak, żeby być na miejscu dziesięć-piętnaście minut przed dziewiątą. Droga była sucha i przyjemna, a inni kierowcy życzliwie i ze zrozumieniem zjeżdżali na prawy pas.

W końcu dojechałem do Radomia, nawigacja poprowadziła mnie bezbłędnie do stadionu i ośrodka MOSiR-u. Zaparkowałem przy stadionie i poszedłem odebrać pakiet. Później toaleta, rozgrzewkę rozpocząłem kilkanaście minut po dziewiątej.

Rozgrzewałem się około 25 minut, było już dość ciepło i muszę przyznać, że pod koniec byłem zlany potem. Przed rozpoczęciem biegu odsłuchaliśmy hymnu państwowego, a panowie zostali poproszeni o zdjęcie czapeczek biegowych.

No i ruszyliśmy, wcisnąłem przycisk startu mojego Fenixa 3 w momencie mijania maty pomiarowej. Pomyślałem, że to pierwszy start z Fenixem i miałem nadzieję, że zegarek przyniesie mi szczęście. Trochę przeciskania na starcie, sporo obiegania innych biegnących, ale staram się trzymać tempo 4:30/km i udaje się zakończyć ten pierwszy kilometr w tym tempie.


Drugi kilometr biegnę na wyczucie próbując wstrzelić się w tempo 4:30/km. Próbuje znaleźć grupkę, która biegnie takim tempem, ale zazwyczaj takie próby kończą się tym, że wydaje mi sie, że grupa mnie spowalnia i po chwili wyprzedzam. Przez dłuższy moment trzymam się pleców jakiegoś młodego chłopaka. Kilometr kończę w tempie 4:32.

Na trzecim kilometrze zaczynam odczuwać trudy biegu, tempo spada. Wbiegamy na tym kilometrze na radomski rynek. Tempo kilometra to 4:38.

Na czwartym kilometrze zamykamy pętlę dookoła rynku, tempo podobne 4:41/km, czyli poniżej zakładanego 4:30/km.

Na piątym kilometrze dogania mnie biegacz, którego pleców trzymałem się na drugim kilometrze. Widząc garamina na łapie pyta się jakim średnim tempem biegniemy. Odpowiadam, że 4:35/km. Okazuje się, że biegnie na 10 km, a ja za chwilę kończę. Zachęca mnie do szybszego finiszu, podrywam się jeszcze na ostatnich metrach. Ostatni kilometr w 4:48.

I jeszcze trzy statystyki podsumowujące:
Czas netto: 23:08
Średnie tętno: 176 bpm
Maksymalne tętno podczas biegu: 190 bpm

Bieg odbywał się w niedzielę wolną od handlu, więc rozpaczliwie zacząłem się rozglądać za jakąś stacją benzynową, żeby kupić wodę. Potrzebowałem wody. Pytam przechodnia o stację benzynową, sympatyczny kolega odpala komórkę i znajduje mi najbliższą stację benzynową, idę tam na piechotę, po ulicach Radomia wciąż biegną zawodnicy, niektórzy pewnie na 5 km, ale większość na 10 km. Kupuję upragnioną wodę i jestem w siódmym niebie. Wracam szczęśliwy drogą krajową nr 7 (E77) do Warszawy. Tym razem spokojnie, bardzo spokojnie, czas znowu nie ma znaczenia.

wtorek, 1 maja 2018

Grywalizacja na GC

Pojawiła się niespodziewanie na początku kwietnia w serwisie Garmin Connect i przyjemnie mnie zaskoczyła. Dostałem na początek trzy odznaki i 3 punkty.

Wcześniej serwis Garmina przydzielał odznaki wyłącznie za liczbę zarejestrowanych kroków przy pomocy urządzenia Garmin. Było to dla mnie niezrozumiałe i mało interesujące - co ciekawego i wyjątkowego może być w przejściu np. 300 tys. kroków ? Każdy chodzący po tej planecie człowiek osiąga to w drugim roku życia.

Czym jest grywalizacja ?
Grywalizacja to popularna ostatnio fukcjonalność serwisów polegająca na tym, że użytkownik zdobywa odznaki (i punkty) korzystając z funkcjonalności udostępnianych przez serwis. W przypadku Garmina chodzi o korzystanie z urządzeń tej firmy i zapisywanie aktywności w serwisie. Odznaki są przypisywane do konta użytkownika i mają formę przyjemnych dla oka ikonek oraz punktów. W zależności od liczby punktów użytkownik jest zaliczany do kolejnych "grup zaawansowania w zabawie". Zdobyte odznaki oraz swój poziom zaawansowania można dodać do publicznego profilu Garmin Connect lub go stamtąd usunąć.


W zabawie można zdobyć od 1 do 8 punktów w siedmiu kategoriach: aktywności, bieg, kolarstwo, wyzwania, kroki, funkcje Garmin Connect, zdrowie. Niektóre odznaki mogą być ograniczone czasowo, inne z kolei są powtarzalne tzn. można je zdobyć wiele razy. I tak na przykład za przebiegnięcie na treningu 5 kilometrów dostaje się odznakę i 1 punkt (to przecież w końcu nic wielkiego), odznaka nie jest powtarzalna, ale już za przebiegnięcie treningowo maratonu otrzymuje się każdorazowo 8 punktów.

Po pierwszej analizie i przeglądzie dostępnych odznak wyróżniłem trzy kategorie, którym chciałbym poświęcić kilka zdań.

Pierwsza z nich to grupa odznak "śmiesznych". Należą do niej np. "Urodzinowy tort" (1 punkt), którą otrzymujemy, gdy zarejestrujemy aktywność w dniu urodzin. Z kolei odznakę "Mróz" (2 punkty) dostajemy, gdy zarejestrujemy aktywność, gdy temperatura wynosi poniżej 0 stopni. Odznakę "Rannego ptaszka" (1 punkt) dostajemy, gdy zarejestrujemy aktywność przed godziną 8 rano.

Drugą kategorią są odznaki, które są trudne do osiągnięcia w sensie sportowym. I tak przykładowo 4 punkty i odznakę "50-milowa jazda" otrzymuje się za przejechanie 50 mil w jednej aktywności, 4 punkty i oznakę "W cieniu areodynamicznym" otrzymuje się także za przejechanie 40 km na rowerze w godzinę. Oznakę "Szaleństwo" i 8 punktów otrzymuje użytkownik, który przebiegnie 100 mil w jednej aktywności. Generalnie obowiązuje zasada - im dłuższy czas wysiłku, tym więcej punktów.

W końcu trzecią kategorią są odznaki, które są trudne do zdobycia ze względu na sprzęt, który jest wymagany, żeby stać się ich dumnymi posiadaczami. Odznakę "Yin i Yang" zdobywa się za łączny bilans lewy/prawy 50/50 na pedałąch Vector, a zatem potrzebny jest (drogi) rowerowy miernik mocy. Oznakę "Widok BirdsEys" otrzymuje się za zarejestrowanie aktywności z dronem. Natomiast oznakę "Latająca wiewiórka" zdobywa użytkownik, który zerejestruje skok wingsuit. Jeszcze te pedały Vector to rozumiem, ale kombinezon wingsuit i kurs latania w tym ustrojstwie ...

W tym momencie mam zdobytych 15 odznak, które są warte łącznie 19 punktów. Jestem na pierwszym poziomie, ale do następnego brakuje mi jedynie jeden punkt.

Hmmmm, zastanawiam się co mógłbym osiągnąć w tym tygodniu. Przeglądam odznaki i widzę "Rannego ptaszka", musiałbym iść pobiegać lub pojechać na basen o 6:00 rano. Dobra, może nie w tym tygodniu. Widzę też odznakę "Dobry odpoczynek", którą zdobywa się po przespaniu 8 godzin. No, to jest ciekawa odznaka. Szkoda tylko, że jest wyceniona jedynie na 1 punkt i że nie jest powtarzalna.

Ahoj!

sobota, 31 marca 2018

W marcu jak w garncu



Praca daje ostro w kość i nie ma czasu na nic. Cierpią na tym także moje wpisy na blogu. Praca w banku być może ma tam jakieś pewne plusy, ale ważne jest to, żeby te plusy nie przysłoniły minusów :).
Sformułowania typu "idziemy szybką ścieżką" :), czy "celujemy w poniedziałek", które słyszysz w piątek po szesnastej, to raczej norma niż wyjątek.

Chciałem pobiec w Biegu Konstytucji 3 Maja w Warszawie, ale okazało się, że zapisy się skończyły. Rzuciłem się szybko do kalendarza biegowego i znalazłem Bieg Konstytucji 3 Maja w Radomiu, blisko Warszawy, można dojechać. Dystans 5 km. Zapisałem się bez chwili wahania.

Jeszcze w lutym zapisałem się na Birell 10k Race w Pradze, 10 kilometrów, bieg odbędzie się we wrześniu.

Co do treningów, to niestety zaniedbuję pływanie, ale staram się biegać dwa razy w tygodniu i to mi się w miarę, jako-tako, udaje. Z mocniejszym planem ruszę pod koniec maja, w maju zrobię sobie także dwutygodniowe roztrenowanie, pojadę w tym czasie w góry - w Beskid Niski. Po powrocie mam zamiar ostro biegowo ruszyć do przodu...

Waga na początku marca 83.1 kg - 6 kilogramów więcej niż w czasie mojej topowej, życiówkowej formy :) Lubię zrzucać ten cały tłuszcz, w sumie to całkiem proste...

środa, 31 stycznia 2018

Plany, plany, plany AD 2018



Tak, w tym roku wracam do szybkiego biegania, do treningów, do zarzynki. Cele biegowe są wymierne, ubrane w liczby i - mam nadzieję - realne.
Złamać magiczne 20 minut na 5 km, pobiec dyszkę poniżej 41:30 oraz przebiec swój pierwszy półmaraton (w końcu :)).

Złapało mnie lekkie choróbsko w styczniu i zrobiłem sobie pięć dni wolnego od wszelkich aktywnosci. Ale już wróciłem do żywych i nabieram sportowego rozpędu.

Do końca kwietnia planuję biegać dwa razy na tydzień i pływać dwa razy na tydzień - będę próbował poprawić pływanie, wyłącznie dla osobistej satysfakcji, w maju zamierzam popłynąć próby czasowe na 750 m oraz 400 m.

Pod koniec maja wystartuję w swoim pierwszym biegu po ponad półtora roku - Biegu Konstytucji, takie pierwsze koty za płoty, sprawdzenie formy - dystans 5 km.

Z końcem maja wystartuję z planem treningowym pod 10km i półmaraton na jesieni. Całkowicie wytnę pływanie z grafiku. Plan treningowy mam już wybrany, ale sobie jeszcze spokojnie rozpisuję jednostki w Google Sheets. Pierwsze starty na przełomie sierpnia i września - biegi w Siedlcach i Kleszczowie na dystansie 5 km.

Potem chciałbym wystartować po raz pierwszy za granicą - 10 km w Pradze (wrzesień) i to będzie pierwsza szansa zaatakowania 41:30.

W październiku planuję wziąć udział w półmaratonie Samsunga w Szamotułach.

Sezon zakończę startem na 10 km w Biegu Niepodległości w dobrze znajomej, przyjaznej Warszawie, w moim mieście rodzinnym. Mam nadzieję, że jeżeli nie w Pradze, to 41:30 padnie w Warszawie. Zobaczymy.

Moje jesienne szaro-bure i zimowe jeszcze bardziej szaro-bure dni, a czasami białe dni ocieplał John Coltrane harcujący z saksofonem sopranowym na klasycznej, wielkiej płycie z 1961 roku "My Favourite Things". Szczególnie polecam utwór tytułowy.

Ahoj!
ps. Obiecuję w tym roku pisać co miesiąc, pod koniec miesiąca...

niedziela, 31 grudnia 2017

Podsumowanie 2017

Zawsze robię podsumowania, lubię podsumowania, zawsze lubiłem i nie rozumiem ludzi, którzy ich nie lubią, wiem, że tacy są ;-)

Rok 2017 mógłbym nazwać rokiem biegowego leniwca. Przebiegłem zaledwie 486 kilometrów - najmniej od 2011 (404 km).


Każdy z tych biegów był biegiem spokojnym :), beesem, czy jak go tam zwał. Na początku roku biegałem raz w tygodniu, a potem (od kwietnia) - najczęściej dwa razy w tygodniu, łącznie wyszedłem na trening w mijającym roku 77 razy. Średnio przebiegałem na treningu 6.3 km. Tylko raz przebiegłem na treningu więcej niż 10 km. Pomimo tak żenującego kilometrażu runalyze.com pokazuje mi w tym momencie, że jestem w stanie przebiec dyszkę w 46:17, jednocześnie ostrzega mnie, że gdybym wpadł na pomysł przebiegnięcia maratonu, to mam jedynie 9% wymaganego kilometrażu maratońskiego.



Pływanie jest jedyną dyscypliną, którą znacząco poprawiłem w tym roku. Pływałem znacznie więcej niż w poprzednich latach. Od początku roku założyłem, że będę chodził na pływalnię dwa razy w tygodniu i plan ten prawie udało mi się zrealizować. Przy pięćdziesięciu dwóch tygodniach w roku plan zakładał 104 wyjścia na pływalnię - udało mi się wyjść 66 razy. Przepłynąłem 39.425 km, tak, tak, moje baseny mierzę z dokładnością do jednego przepłyniętego basenu. Oznacza to, że przepłynąłem mój basen 1.577 razy. Tysiąc pięćset siedemdziesiąt siedem razy. Jejuuuu.

Przeczytałem w mijającym roku książkę Matta Fitzgeralda "Triathlon. Plany treningowe" i robiłem na basenie ćwiczenia i jednostki z tej książki. W żadnym triathonie nie startowałem ani nie zamierzam startować (przynajmniej na razie), ale będę poprawiał pływanie aż do kwietnia/maja przyszłego roku. Pisałem już o tym nie raz, uwielbiam pływać, pływanie jest boskie.


No i na końcu kolarstwo, rowerowanie albo jak kto woli - jazda na rowerze. Tutaj zaniedbałem się całkowicie - wyszedłem 9 razy pojeździć, przejechałem 173 km. Jedyne co zapamiętam z tego roku to złapane dwie gumy i prowadzenie roweru pierwszy raz 9 km, a drugi raz 2 km. No i mocne postanowienie, żeby w przyszłym roku kupić sobie nowy, fajniutki rowerek ;-)


Cóź, w super formie to ja byłem jesienią i zimą ubiegłego roku, waga na początku grudnia 2016 wynosiła 75.5 kg, w tym roku mniej ruchu i więcej siedzenia przy biurku spowodowały skok wagi o 7 kg - do 82.9 kg na początku grudnia 2017. Ten trend, mam nadzieję, odwróci się w przyszłym roku.

Wszystkiego Dobrego w Nowym Roku!

niedziela, 22 października 2017

Jesień inna niż wszystkie

Ta jesień jest rzeczywiście inna niż poprzednie, przynajmniej te, które nastąpiły po wiośnie 2011, czyli po odpaleniu moich biegowych odrzutek. Jest spokojna, nie ma w niej żadnych planów startowych i myśli kłębiących się wokół życiówek. Zawsze jesienią miałem najlepsze wyniki, tak to już jest, że jedni robią dobre wyniki wiosną, a drudzy jesienią. Rok w rok lubiłem rozpoczynać plany startowe późną wiosną, biegać w lecie, wtedy, kiedy jest jasno, światło zawsze motywowało mnie do wyjścia na trening.
Poza tym wiosną i latem mróz nie szczypie w d^%ę, wiatr nie naparza w uszy, nie trzeba się ubierać na trening jak astronauta przed misją na Marsa, a ręce nie są zgrabiałe od zimna, co również ma pewne znaczenie. Zimowe bieganie jest dla psychicznych.

W tym roku nie będzie Biegnij Warszawo ani Biegu Niepodległości przynajmniej jeżeli chodzi o uczestnictwo mojej skromnej osoby. Nie mam z czym zapisywać się na biegi - w całym roku przebiegłem dotychczas zaledwie 392 kilometry. Biec, żeby przebiec dyszkę w 50 czy 48 minut, bez sensu - dla mnie bez sensu. Zawsze biegałem po to, żeby być lepszym.

Są zalety takiego biegania-niebiegania. Miałem więcej czasu na wyjazdy, nie wisiał nade mną przymus realizacji planu treningowego, że muszę wyjść i pobiegać etc. Byłem w Gorcach, później w Beskidzie Śląskim, potem w Międzyzdrojach, a ostatnio - na początku października - odwiedziłem Bieszczady. Na początku roku zmieniłem także pracę i ta zmiana kosztowała mnie sporo wysiłku, nie ukrywam, że wdrożenie się w nowy projekt (bardzo trudny) kosztowało sporo energii, w zasadzie się jeszcze nie skończyło, wciąż pewne tematy w pracy wymagają rozpoznania.


W Bieszczady wyjechałem 1 października z zamiarem zdobycia Tarnicy i powrotu do Warszawy 10 października. Mieszkałem w Lutowiskach, bieszczadzkiej wsi w okolicach pasma Otrytu. W sumie chodziłem po górach przez 7 dni, zacząłem od krótkich wycieczek w paśmie Otrytu, żeby trzeciego dnia (środa) przejść przez Otryt do miejscowości Dwernik, a potem przejść Magurę Stuposiańska, poniżej schemat wycieczki:


Pomimo tego, że trasa nie była wyjątkowo długa (ok. 20 km, wyceniona na 29 punktów GOT), 887 m w górę, 917 m w dół, to wydaje mi się, że środa była najbardziej wyczerpująca z tych siedmiu dni w górach. Pod koniec trasy w okolicach Widełek przechodziłem przez błota, wysokie trawy, mokradła, dała mi ta Magura w kość.

Czwartego dnia poszedłem na przystanek PKS-u, żeby dostać się do Ustrzyk Górnych, autobus oczywiście się spóźnił, ale w końcu przyjechał. W Ustrzykach Górnych ruszyłem na Tarnicę (1346 m n.p.m.) - najwyższy szczyt w Bieszczadach. Wejście na Tarnicę nie zrobiło na mnie większego wrażenia, po dwóch i pół godzinach byłem na szczycie. Bardzo wiało, a mgła zasłaniała wszystkie krajobrazy, ale minąłem po drodze kilkadziesiąt osób. Pierwszy raz wszedłem na Tarnicę chyba w 2000 lub 2001 roku i wtedy tamto wejście dało mi bardziej w kość, tak przynajmniej pamiętam. Byłem bez formy, studiowałem i siedziałem nad książkami. Teraz mam lepszą kondycję.



Piątego dnia poszedłem znowu w kierunku Otrytu, po półtorej godziny dotarłem do Chaty Socjologa, niezwykle ciekawego i klimatycznego miejsca, z salą kominkową i kuchnią, chata jest cała drewniana, ale bez elektryczności i bieżącej wody. Prowadzona przez grupkę zapaleńców z klubu wysokogórskiego. Z Chaty Socjologa poszedłem w kierunku Polany, tam zatrzymałem się, zjadłem resztki chałwy i wypiłem resztki herbaty z termosu... i wróciłem po własnych śladach do Lutowisk. Męcząca trasa.

Szóstego dnia znowu rano na przystanek PKS i dostaję się do Ustrzyk Górnych. Tym razem idę na Wielką Rawkę, górę niższą (1304 m n.p.m.) niż Tarnica, ale zdecydowanie trudniejszą. Garmin Forerunner 910 XT pokazuje wysokość 1335 m. Na Wielką Rawkę podchodzi się cały czas, są to dwie godziny ostrego podejścia. Po dwóch godzinach staję na szczycie Wielkiej Rawki, jest ładna pogoda, wypogodziło się i można podziwiać widoczki. Na szczycie kilka osób, niektóre z małymi dziećmi. Schodzę, zejście jest nudne i długie, ale już tak nie męczy jak wejście.

I w końcu ostatni siódmy dzień, niedziela. Znowu wstaję rano i znowu na mój PKS, który znowu się spóźnia. Ale w końcu przyjeżdża. Początkowo planuję iść na Połoninę Caryńską, ale wstaje słońce i robi się piękny, słoneczny dzień. To mój ostatni dzień w Bieszczadach i postanawiam znowu przejść jakąś wymagającą trasę, wybieram Bukowe Berdo. Wysiadam wcześniej, w Widełkach i zaczynam iść w kierunku Bukowego Berda niebieskim szlakiem. Po drodze spotykam tylko dwóch turystów, którzy mnie wyprzedzają. Na Bukowym Berdzie są cudowne widoki, wysokie trawy i skałki. Jak zaczynam dochodzić do głównego szczytu pojawiają się ludzie idący w drugą stronę. Idę w kierunku przełęczy GOPRowskiej, a potem na przełęcz pod Tarnicą, wejście z tej strony jest znacznie trudniejsze, na samą Tarnicę nie wchodzę, byłem na niej w czwartek. Tym razem tak nie wieje, schodzę do Ustrzyk Górnych. Mapa turystyczna wycenia trasę na 6h 35min, 30 punktów GOT i tyle mniej więcej mi to zajęło, a punktów GOT nie zbieram :). Muszę jeszcze poczekać godzinę w Ustrzykach na ostatni PKS jadący do Lutowisk o 17:50.

Wróciłem w wysokie Bieszczady po 16 latach i trochę się tam zmieniło. Stały się bardziej komercyjne, przez to droższe, ludzi jest więcej. Jestem zdecydowanie w lepszej kondycji niż byłem 16 lat temu i górki te nie zrobiły na mnie większego wrażenia. Czy wrócę tam kiedyś ? Może. Może za 16 lat. Mają swój urok.

Ahoj!

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Garmin Fenix 3

Dostałem go w prezencie w listopadzie ubiegłego roku i do tej pory służył mi wyłącznie jako licznik kroków. Zabawne było dochodzenie do dziennego celu kroków i obserwowanie na tarczy rozbłyskających fajerwerków, kiedy taki limit się w końcu osiągnęło. Ale poza tym na treningi go nie zabierałem. Aż do wczoraj.
Planowałem 35 minut lekkiego leśnego kroku i postanowiłem tym razem zabrać Fenixa ze sobą, żeby mieć próbkę tego, co potrafi.

No, ale na początku musiałem połączyć go z paskiem HRM-Run, który otrzymałem razem z Fenixem i to było całkiem proste. Poza tym spojrzałem do instrukcji jak zaczyna się i kończy trening, i to również jest intuicyjne: przycisk Start/Stop. W zasadzie instrukcja jest niepotrzebna.


Pojechałem samochodem do Kampinosu, było już dość późno i wiedziałem, że będę biegł prawie po ciemku, bez czołówki, no słabo znaczy się zapowiadał ten mój fenixowy debiut. Trochę ćwiczeń rozgrzewkowych na początek, potem trucht i dobiegłem do miejsca, gdzie zwykle zaczynam treningi, parę minut przed dwudziestą, jest środek lasu, powoli zaczyna zapadać zmrok.
Naciskam przycisk "Start" i tutaj pierwszy zonk: muszę wybrać typ treningu, do wyboru mam "Bieg szlak.", "Bieg" oraz "Bieg pomi.", wybieram drugą możliwość i zaczynam biec. Pierwszy kilometr w 5:21, trochę szybko jak na Kampinos, ale wiem doskonale, że zegarek nie przekłamał dystansu, ponieważ biegłem tą ścieżką może już kilkaset i nie są mi potrzebne znaczniki kilometrów. Drugi kilometr jeszcze szybciej w 5:13.
Po dwudziestu minutach biegu robi się tak ciemno, że mam ochotę przerwać trening. Biegnę jednak dalej, już prawie całkowicie po ciemku. Uważam na korzenie, ale nie widzę podłoża i kilka razy śródstopiem z impetem ląduję na grubym konarze drzewa, aaaaaauuuu, kto wie jak to jest, ten zrozumie ;-)
Kończę po 35 minutach, tempo 5:15. Ale Fenix udostępnia całą masę innych statystyk:
Długość kroku 1.08 m, hm, azaliż dobrze to czy źle ?

Rytm biegu 178 spm, to chyba dobrze, gdzieś czytałem, że trzeba biec z kadencją 180, czyli prawie idealny rytm w trudnych, leśnych warunkach.

Odchylenie od długości 6.2%, również bardzo dobrze, znajduję się w wysokiej niebieskiej strefie Garmina, a czasami wpadam nawet do najwyższej - fioletowej.

Średni czas kontaktu z podłożem 282 ms, tutaj szału nie ma, ląduję w pomarańczowej strefie Garmina, do fioletowej (poniżej 218 ms) wciąż daleko. Może na asfalcie będzie lepiej ?

Na koniec drugi zonk - brak mapki. Hm, następnym razem wybiorę opcję "Bieg szlak.", może o to chodzi, domyślam się, że tryb "Bieg" nie zapisuje mapki biegu. Ale w sumie to dobrze, że Garmin umożliwia zbieranie statystyk z biegu, bez rejestracji samego śladu GPS.

Czy te wszystkie statystyki: długośc kroku, rytm biegu, odchylenie pionowe, odchylenie do długości, czas kontaktu z podłożem, bilans czasu kontaktu z podłożem są pomocne dla zwykłego biegacza-amatora ?
Dobrze mieć urządzenie, które zbiera takie informacje, ale na ich analizę i tak pewnie nie będę miał czasu.

Ahoj!